MOŁDAWIA – TRZECIE STARCIE

Dodano 15 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak

W zeszłym tygodniu wraz z polsko-czeską grupą dziennikarzy winiarskich wylądowałem w Mołdawii. Tym samym trafiła mi się kolejna już okazja (wcześniej byłem tam dwukrotnie w 2007) aby zmierzyć się in situ z mołdawskim winem. Dotychczasowe doświadczenia przekonywały mnie tylko, że jest to materia niełatwa do ogarnięcia – tak zmysłami, jak rozumem – i że stereotypy wyniesione z „normalnego” winiarskiego świata jakoś nie zawsze przystają do tamtejszej rzeczywistości. Ale do trzech razy sztuka i chyba już czas poskładać te klocki. Złoży się to pewnie na parę odcinków, więc na razie, tytułem prolegomeny, co nieco ogólnie, a w najbliższych dniach postaram się przedstawić więcej szczegółów.


Przed winiarnią (fot. W. Bosak, październik 2007)

Pomimo wszelkich zastrzeżeń do jakości tamtejszych win nie powinniśmy Mołdawii ignorować, bo jakby na to nie patrzeć, jest to przecież lokalne mocarstwo winiarskie. Po kryzysowym ćwierćwieczu zapoczątkowanym antyalkoholową krucjatą Gorbaczowa (od 1986 tamtejszy sektor winiarski skurczył się prawie o 40 procent) ten mały kraj ciągle zalicza się do tuzina największych eksporterów wina na świecie. Wciąż też uprawia się tam więcej winnic, niż na przykład w Niemczech, RPA, czy Bułgarii. Przy zaledwie 3,5-milionowej populacji Mołdawia bije wszelkie światowe rekordy w winiarskich statystykach per capita (z wyjątkiem konsumpcji wina, która wynosi tam około 25–28 litrów na głowę, a więc i tak nieźle).



Malownicza wieś w środkowej Mołdawii (fot. W. Bosak, wrzesień 2009)

Te imponujące statystyki jakoś nikogo w Mołdawii nie cieszą, gdyż winiarska monokultura bardziej ciąży, niż pomaga tamtejszej gospodarce i pomimo odznak pewnego ożywienia koniunktury jest to wciąż najbiedniejszy z krajów europejskich. Zadziwiająca jest struktura tamtejszego winiarstwa – na 122 tys. ha komercyjnych winnic – z czego około 100 tys. ha owocujących – przypada mniej więcej setka samodzielnych producentów wina (gdy np. w Niemczech, przy zbliżonej powierzchni upraw jest ich prawie 10 tysięcy!) Przeciętna skala produkcji jest więc ogromna i pewnie nie więcej, niż z tuzin winiarni wyrabia poniżej miliona butelek rocznie ( a są i tacy, którzy produkują 20 milionów). Ponad 90 procent całej produkcji winiarskiej trafia na eksport, a sami Mołdawianie rzadko kupują swoje wino w sklepie. Trunki do lokalnej konsumpcji pochodzą głównie z małych, przydomowych winniczek (razem 36 tys. ha), jakie uprawia na własne potrzeby niemal co druga mołdawska rodzina.



„Tradycyjna” winiarnia z czasów Breżniewa (fot. W. Bosak, luty 2007)

W marcu 2006 roku Rosja zakazała przywozu wina z Mołdawii (podobnie jak z Gruzji) i fakt ten miał bodaj większy wpływ na zmiany w tamtejszym winiarstwie, niż uzyskanie niepodległości w 1991 i prywatyzacja. Do tamtej pory bowiem, podobnie jak za czasów sowieckich wina mołdawskie miały w pewnym sensie uprzywilejowaną pozycję na chłonnym i raczej mało wymagającym rynku rosyjskim. Wiele mołdawskich winiarni miało tam od lat znakomite kontakty, powiązania kapitałowe z rosyjskimi dystrybutorami i nierzadko nawet własne rozlewnie, dokąd wino dostarczano z Mołdawii cysternami. Tym sposobem, bez większego wysiłku sprzedawało się do Rosji ponad 85 procent całej krajowej produkcji i mało kto myślał wówczas o innych rynkach eksportowych. Wielu winiarzy z łezką wspomina tamte czasy i przyznaje, że więcej wtedy dbali o przystrojenie butelek w cynfolie i krzykliwe etykiety, niż o ich zawartość.



Nowoczesny gigant (fot. W. Bosak, październik 2007)

Przebudzenie z tego snu było bardzo bolesne – Mołdawianie z dnia na dzień zostali z 200 milionami niesprzedanych butelek, a przy tym szybko przekonali się, że większość ich winiarskiej produkcji nie jest w stanie konkurować na innych rynkach eksportowych. Dla wielu producentów zabrzmiało to jak wyrok śmierci (i część z nich rzeczywiście musiała wtedy zwinąć manatki), gdyż wewnętrzny popyt był w stanie wchłonąć najwyżej kilka procent całej produkcji. Po dwóch latach Rosjanie znieśli ograniczenia importowe, ale w międzyczasie uświadomili też sobie, że za te same (a często mniejsze) pieniądze mogą kupować znacznie lepsze jakościowo wina hiszpańskie, czy argentyńskie.



Winnice w rejonie Purcari (fot. W. Bosak, październik 2007)

Rosja znów jest największym odbiorcą mołdawskich win (w 2008 trafiło tam 30 procent całego eksportu), ale nie ma już mowy o dawnej, uprzywilejowanej pozycji – dziś trunki znad Dniestru i Prutu również tam muszą powalczyć jak równy z równym z zachodnią konkurencją. Niewiele mniej wina, niż Rosja kupują dziś także Białorusini i Ukraińcy, a czwartym z kolei rynkiem jest Polska (ok. 5 procent eksportu). Poza obszar WNP trafia mniej, niż 15 procent eksportu (głównie do krajów UE, USA, Kanady, Chin, Turcji i Izraela), ale to już wystarcza, aby zdopingować wielu producentów do sprostania wyśrubowanym zachodnim kryteriom jakości. Postęp, jaki dokonał się w tej dziedzinie, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat jest bardzo wyraźny i choć gros produkcji stanowią wciąż tanie wina supermarketowe, to jednak od czasu do czasu trafiają się także butelki, które bez wstydu mogłyby znaleźć się w przyzwoitej winotece.



Turystyka winiarska (fot. W. Bosak, październik 2007)

Pojawiły się także jakieś zaczątki popytu wewnętrznego i to nie – jak dotąd – na najtańsze trunki produkowane z mieszańców, ale na wina wyższej klasy. Paradoksalnie bowiem, przy całej mizerii tego kraju nie brak w Mołdawii pierwszorzędnych restauracji z niezłą kartą win, a w Kiszyniowie jest już nawet parę przyzwoitych winotek (to jednak romańska kultura!) Przy niektórych winiarniach powstają też pierwsze, w pełni profesjonalne przedsięwzięcia enoturystyczne. Z tym wiąże się kolejne nowe zjawisko – mali butikowi producenci celujący w naprawdę wysoką jakość.



Doroczne Święto Wina w Kiszyniowie (fot. W. Bosak, październik 2007)

Dwa lata temu słyszałem tylko pogłoski o paru zapaleńcach, którzy próbują robić wino na małą skalę (wtedy nikt nie traktował ich poważnie). Teraz już mieliśmy okazję spróbować win od takich garażowców – dopieszczonych w każdym szczególe, prawdziwie luksusowych, produkowanych w partiach po parę tysięcy butelek. Na razie w całej Mołdawii działa zaledwie trzech takich naprawdę niewielkich producentów, ale klasa wyrabianych przez nich trunków wyprzedza o parę długości całą resztę. Wina te już są sprzedawane w najlepszych restauracjach i winotekach w Kiszyniowie i pomimo kosmicznej, jak na Mołdawię ceny nie mają problemu ze zbytem.



T
ransport wina luzem w cysternach (fot. W. Bosak, październik 2007)

Otagowane:  

PORANNY PRZEGLĄD PRASY

Dodano 13 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Rutynowa prasówka przy niedzielnej kawie tym razem przynosi miłą niespodziankę – na stronach onetu znajduję artykuł Erica Asimova! To obecnie jedno z najlepszych piór piszących o winie (do poczytania m.in. tu). Brawo, prosimy o więcej!

Otagowane:  

PLAGI EGIPSKIE

Dodano 6 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej – chyba słusznie powiadają, w czym ostatnio utwierdziło mnie parę mejli i telefonów od naszych winiarzy. Na Wzgórzach Trzebnickich grasuje tajemniczy robak-winoroślożerca, a w lubelskim szaleje Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN). Inspektorzy PIORiN-u z Opola Lubelskiego upatrzyli sobie plantacje należące do członków Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły i jak rozbrajająco przyznali się jednemu z kontrolowanych winogrodników, mają „polecenie odgórne i cztery winnice na oku”

Smaczku sprawie dodaje fakt, że jak na razie kontrolowane są małe, całkowicie amatorskie winniczki (w jednym przypadku jest to po prostu rządek winorośli rosnących przy płocie) z których nikt nawet nie zamierza robić wina na sprzedaż. Niemniej inspektorzy twardo żądają wykazu środków ochrony, terminarza oprysków, atestu opryskiwacza, odgrażają się na kontrolę zbiorów, ścigają ludzi telefonami, nachodzą w miejscu pracy, etc., etc. Zadziwiające, skąd inspekcja bierze tyle energii i czasu na zajmowanie się uprawą absolutnie niszową, a do tego – w tym przypadku – prowadzoną na zupełnie ogródkową skalę (tym bardziej, że dziś doszły mnie słuchy o podobnych kontrolach pod Zieloną Górą). Czyżby nie mieli nic ważniejszego do roboty?

Mój znajomy mający styczność z trzema różnymi oddziałami PIORiN-u twierdzi, że takie kontrole raczej nie mogły wyniknąć ot tak, same z siebie, z rutynowej pracy inspekcji. „W życiu w to nie uwierzę, przecież w tym kraju jest masa innych upraw i nie ma tam takich kontroli. PIORiN nie ma na to środków, ani ludzi ani też specjalnego zainteresowania winoroślą. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych ale…” Ja też nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, więc nie będę dalej cytował, ani dzielił się własnymi domysłami, które właśnie przychodzą mi do głowy.

Inspekcja ma oczywiście prawo do takich kontroli, gdyż według obowiązującego prawa może nam się wtrącać nawet do uprawy jednej marchewki rosnącej na grządce pod oknem. Ale ostatnie naloty na winnice mają wszelkie cechy zorganizowanej nagonki, podjętej w celu egzekucji przepisów niemożliwych do spełnienia. Rzecz bowiem rozbija się o to, że wśród dopuszczonych w Polsce środków ochrony roślin brak jest wielu podstawowych preparatów do ochrony winorośli (np. nie ma tam środków do ochrony przed szarą pleśnią, przędziorkiami, czy szpecielem). A te które są dopuszczone, to w większości środki przestarzałe, mało skuteczne i często bardziej szkodliwe dla zdrowia i środowiska, niż powszechnie dziś stosowane w Europie nowsze preparaty.

Jest tajemnicą poliszynela, że winiarze w razie potrzeby stosują te skuteczniejsze, nowe środki, jak Euparen, czy Folpan, bardzo dobrze sprawdzone w sąsiednich krajach winiarskich, które jednak wciąż nie są u nas dozwolone dla winorośli. Ale czy to winiarze są winni, że odpowiedzialne za to służby państwowe nie zapewniły im podstawowego zestawu środków do ochrony winnic? Czy powinni dopuścić do zniszczenia swoich upraw tylko dlatego, że zawiedli odpowiedzialni za to urzędnicy? Przecież winorośl jest w Polsce uznaną rośliną uprawną, a produkcja wina jest jak najbardziej legalną działalnością komercyjną. To skandal, że instytucja której obowiązkiem jest między innymi dopilnowanie, żeby rolnicy mieli czym chronić swoje uprawy karze ludzi za to, że sama źle się wywiązuje ze swoich obowiązków.

Inspektorzy PIORiN-u ponoć żądali także dokumentów potwierdzających, że posiadane odmiany są dopuszczone do uprawy w UE. Jeżeli to prawda, to jest to już ewidentne nadużycie. Winnicy która nie ma charakteru komercyjnego nie dotyczą żadne ograniczenia w doborze szczepów winorośli – z wyjątkiem legalnego pochodzenia sadzonek nowych, „patentowych” odmian, wciąż chronionych wyłącznym prawem hodowcy. Także w przypadku winnic komercyjnych plantator nie ma obowiązku przedstawiania żadnych dokumentów dotyczących pochodzenia sadzonek (z wyżej wspomnianym wyjątkiem), a jeżeli nasi inspektorzy mają zastrzeżenia co do uprawianych odmian, to sami powinni to udowodnić. Polska już cztery lata temu uzyskała zwolnienie z obowiązku stosowania unijnej dyrektywy w sprawie obrotu sadzonkami winorośli i pracownicy PIORiN-u powinni przecież o tym wiedzieć.

Nasze przepisy dotyczące produkcji i sprzedaży wina – czy ogólnie: produktów spożywczych – są tak napisane, że odpowiednie urzędy i inspekcje są w stanie upupić praktycznie każdego, kto podejmuje się takiej działalności. Pod takim, czy innym pretekstem, na każdego coś się znajdzie i jeśli urzędnik nie wykaże odrobiny dobrej woli, to producent nie ma szans. Ta branża jakoś funkcjonuje tylko dlatego, że kontrolujący często przymykają oko i część przepisów nie jest wykonywana, gdyż po prostu nikt nie jest w stanie ich spełnić w stu procentach. Ale jeśli kogoś się nie lubi, to w każdej chwili można taki przepis wyciągnąć z szuflady. I teraz właśnie tak się stało.

Co znaczy takie najeżone pułapkami prawo i zależność od widzimisię urzędników poznali już chyba wszyscy, którzy próbowali w zeszłym roku rozpocząć oficjalną produkcje wina (pisano o tym tu i ówdzie), teraz dowiadują się tego działkowicze, którzy posadzili sobie parę krzaków winorośli. Pomimo tych wszystkich utrudnień w polskich winnicach powstało już dwadzieścia parę pełnoetatowych miejsc pracy (najwięcej w Winnicach Jaworek, ale też w winnicy UJ, Zbrodzicach i paru innych). I to w sytuacji, gdy na rynku pojawiło się zaledwie kilka tysięcy butelek wina! To prawda, że na razie właściciele winnic do tych etatów słono dokładają z własnej kieszeni, licząc na przyszłe zyski. Ale tak, czy inaczej, tych dwadzieścia parę osób dostaje co miesiąc pensję i ma opłacone składki ZUS. Tylko jak długo?

Gdyby tym wszystkim, którzy tego chcieli i spełnili minimum warunków wymaganych w innych krajach unijnych umożliwiono oficjalną produkcję i sprzedaż wina, dziś pewnie mogłoby to być jakieś pięćdziesiąt etatów, a w przyszłym roku może nawet sto i więcej. Ale kogo w tym państwie to obchodzi? Tu wciąż ważniejszy jest komfort urzędnika (cokolwiek by to miało znaczyć). Niestety, twierdzenie, że w Polsce da się produkować wina gronowe (co jeszcze niedawno sam z uporem maniaka powtarzałem) dziś trzeba zaliczyć do trzeciej kategorii prawdy, według księdza Tischnera.

PS. Nie znalazłem lepszej konkluzji, więc zacytuję dalej mojego znajomego: „Niech pan zwróci uwagę, kontrolują winnice bardzo małe i chyba związane ze stowarzyszeniem, czy się mylę? Sporo tam się dzieje, stowarzyszenie, to tylko parę osób, a organizują imprezy na zamku w Janowcu, może komuś to było nie w smak?  Może zawiść zwykła czy inne ambicjonalne sprawy?” Takie to proste i ludzkie, a my wszędzie węszymy spiski.

PRACE W JANOWCU

Dodano 5 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Rozpoczęła się wycinka krzewów na skarpie pod zamkiem w Janowcu, w miejscu dawnej i przyszłej winnicy. Podjęli się tego okoliczni posiadacze winnic, zrzeszeni w Stowarzyszeniu Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły. Tu szersza relacja.


Winiarze z MPW na skarpie w Janowcu (fot. Marzanna Mickiewicz)

Otagowane:  

POŻYTEK Z WAGARÓW

Dodano 4 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak



Znowu dopuściłem do skandalicznego spiętrzenia terminów (jednak lato rozleniwia) i żeby odrobić się z tekstowych zaległości, przez ostatnie dwa i pół tygodnia siedziałem plackiem przy komputerze, ponaglany mejlami i telefonami wydawców. Ale raz urwałem się na wagary – do czego przyznaję się dopiero teraz, gdy zaspokojeni wydawcy stali się mniej nerwowi – i w zeszłą sobotę pojechałem na parę godzin do Jasła, gdzie właśnie działy się IV Międzynarodowe Dni Wina. Podobnie jak w zeszłym roku, gwóźdź tej imprezy stanowili krajowi producenci i polskie wina, a rzecz to była o tyle smaczna, że pokazano tam sporo butelek nie prezentowanych na ostatnim Konwencie Polskich Winiarzy (relacje m.in. tu i tu). Ciekawie było też powrócić do win konwentowych, zwłaszcza tych z kwaśnego rocznika 2008, gdyż niektórym z nich zdecydowanie pomogły dodatkowe dwa miesiące leżakowania. Oto krótki, wybiórczy przegląd:



Winnica Płochockich
Płochoccy wystawili kilka win, w tym jednak najciekawsze z lat ubiegłych, pochodzące jeszcze z ich „starej” winnicy w Gliniku Polskim koło Jasła.

Bianca 2007
Wino o lekkiej strukturze (zaledwie 11% alkoholu), ale skoncentrowanym, wyrazistym aromacie dojrzałych jabłek, gruszek, białych kwiatów, świeżego siana z odrobiną białego pieprzu. Długa mineralna końcówka. Całość niemal zwiewna, bardzo elegancka, chyba w najlepszym momencie do picia.

Bipino 2007
Kupaż bianki i jutrzenki (mniej więcej 50/50) dał wino jeszcze lepsze od poprzedniego, nieco pełniejsze (11,5%), świeższe, wciąż jeszcze z pewnym potencjałem na przyszłość. Złożony aromat z nutami agrestu, dojrzałego jabłka, pokrzywy, kwiatu dzikiego bzu, nawet z lekką nutą różaną. Długie. To moim zdaniem jedno z najlepszych win Płochockich w całej ich karierze.

Jutrzenka 2006
Ta wciąż nie do końca rozpoznana odmiana tu popisowo sprawdziła się jako materiał na wytrawne wino jednoodmianowe, do tego z całkiem przyzwoitym potencjałem starzenia. Pomimo prawie trzech lat od zbiorów jest to wciąż wino bardzo świeże, prawie młode, ze świetnym owocem i żywą (ale nie nadmierną) kwasowością. Nie ma tu częstych u jutrzenki nut niedojrzałych, zielonych, jest za to świeże, ale dojrzałe jabłko, takiż agrest, brzoskwinia, gruszka, białe kwiaty (jaśmin, akacja, dziki bez), odrobina białego pieprzu, świeże siano, liść porzeczki. Całość jest pełna, złożona, ładnie zbalansowana  i całkiem długa, w charakterze może najbardziej podobna do młodego, niebeczkowego kupażu sauvignon blanc i sémillon. Tylko w końcówce odzywa się odrobina cierpkiego garbnika, podobnego jak w dojrzałej czarnej porzeczce lub w niektórych kabernetach z Nowego Świata (nie każdy musi to lubić, ale ma to też swój urok). To jedno z najbardziej intrygujących polskich win, jakie ostatnio próbowałem i szkoda, że zostało go już tylko parę ostatnich butelek, gdyż warto byłoby sprawdzić, jak by dalej dojrzewało. Pamiętajmy jednak, że 2006, to dla polskiego wina szczególnie dobry rocznik i jutrzenka nie zawsze u nas tak dojrzeje, ale w dobrych, ciepłych lokalizacjach (i przy umiejętnej uprawie) chyba możemy się po tej odmianie spodziewać wiele dobrego.



Winnica Golesz
Bartłomiej Myśliwiec udowadnia, że także za jego kadencji rodzinna winnica utrzyma pozycję czołowego producenta win likierowych w Polsce. To, że Myśliwcowie mają szczególny dryg do robienia win wzmacnianych wiadomo nie od dzisiaj. Nad sławną już likierową Jutrzenką 2004 cmokał kiedyś sam Dirk Niepoort (niestety, ostatnie jej flaszki zostały opróżnione w zeszłym roku). Potrafią oni tym sposobem zrobić całkiem przyzwoite wino nawet w oparciu o taką odmianę, jak swenson red (krzyżówka z V. labrusca), która tak na prawdę raczej w ogóle nie nadaje się na wino. A jedno z tych win (likierowe Cuvée Golesz 2007, ponad 90% swenson red) zdobyło nawet srebrny medal na międzynarodowym konkursie Vinoforum 2009! Teraz mamy tego kolejny przykład.

Cuvée Golesz 2008, wino likierowe
Kupaż oparty na odmianie swenson red z dodatkiem muszkata i jutrzenki w proporcjach 60/30/10. Wciąż młode wino (jeszcze nie butelkowane) zdążyło już rozwinąć całkiem złożony bukiet (bakalie, suszone śliwki, herbata z cytryną, karmel). Dobra równowaga, ładnie zintegrowany alkohol, który pomimo wzmocnienia do 17% nie jest agresywny, dobra kwasowość, długa, rasowa, grejpfrutowa końcówka.



Winnica Zacisze
Paweł Szynal ma rękę do czerwonych win i na swojej małej parcelce na północnym (sic!) stoku potrafi czasem uzyskać doprawdy zaskakujące efekty.

Léon Millot 2006
To właśnie jedno z tych zaskoczeń – wino z ogólnie nisko cenionej odmiany, która jednak w tym ciepłym roczniku pokazała sporą klasę. Owoce leśne, wiśnie, wędzone śliwki, bita śmietana, pieprz, korzenie, świetna struktura, długość, gładkie garbniki składają się na ciepłą, niemal rodańską całość.

Winnica Jasiel
Szpakowie zupełnie nieźle poradzili sobie w trudnym roczniku 2008, w czym pewnie pomogło im ciepłe, lessowe siedlisko.

Aurora 2008
Wino znane z ostatniego konwentu, tu już nieco dojrzało, zaokrągliło się i zrzuciło nadmiar zielonych aromatów. Dość intensywny aromat: jabłko, gruszka, agrest, świeże siano, wyraźna mineralność (mokry tynk), niezła długość. Kolejny przykład udanego wina ze szczepu-popychadła.

Bianca 2008
Tu również była okazja do porównania. W ciągu dwóch miesięcy wino pozbyło się pewnej nieskładności (wyraźny alkohol) i nabrało więcej elegancji. Dobrze zbudowane, dość długie z pewnym potencjałem na przyszłość, pokazuje typowe aromaty dobrej bianki: dojrzale gruszki, białe kwiaty, szczypta białego pieprzu.

Rondo 2008
W tym przypadku udało się zebrać winogrona przed nadejściem wrześniowych deszczów, które tak spaprały zeszły rocznik. Na ciepłych lessach Jareniówki rondo już przed połową września osiągnęło 19° NM (ponad 20° Brixa) i w efekcie wyszło wino pełne, skoncentrowane, bez śladu zielonych nut, które są zmorą znakomitej większości polskich win czerwonych z 2008. Wino bucha świeżym owocem (dojrzałe wiśnie, czereśnie, śliwki) i już jest dobre, a ma spory potencjał, żeby poleżeć, nabrać elegancji i złożoności.

Winnica Paczków
To chyba publiczny debiut tej mało dotąd znanej dolnośląskiej winnicy, która przy swoich prawie pięciu hektarach stanowi dziś jeden z poważniejszych projektów winiarskich w Polsce. Od zeszłego roku wina robi tam Robert Nowak, założyciel Winnic Małopolskich.

Acolon 2008
Kolejny odmianowy eksperyment – acolon, to nowa niemiecka selekcja V. vinifera, od paru lat sadzona też w Polsce (w Niemczech szczep ten zajmuje już 500 ha i wieszczy mu się, że z czasem zastąpi tam poczciwego dornfeldera). W nosie można by to wino wziąć za młode amarone: suszone wiśnie, drzem malinowy, goździki, nawet lekka nutka grzybowa (suszone prawdziwki), w ustach wyczuwalny jest dobry ekstrakt, pełny owoc, mineralność i rasowe, dojrzałe, jedwabiste wręcz garbniki, co w naszych warunkach jest nie lada wyczynem. Wino złożone, długie, z ładną przyszłością.


Winnica Comte
Jest to obok Winnic Jaworek i Starej Winnej Góry chyba najbardziej spektakularny, jak dotąd eksperyment z uprawą V. vinifera w Polsce, tym bardziej, że rzecz dzieje się na wysokości 400 m n.p.m! Maciej Kaplita od czterech lat robi konsekwentnego,  beczkowego
w stylu dornfeldera – tu pokazał dwa roczniki tego wina.

Dornfelder barrique 2008
Dość złożone, dobrze zbalansowane i całkiem długie wino z aromatem
suszonych wiśni, owoców leśnych, dojrzałej czerwonej papryki,
czekolady, z wyraźną nutą korzenną. W ustach wciąż wyraźnie wyczuwalna
jest waniliowo-cynamonowa beczka, ale drewno już się powoli integruje z
materią wina i nie przytłacza owocu. Wino spędziło 6 miesięcy w
czteroletniej francuskiej beczce.

Dornfelder 2006
Ten rocznik dojrzewał jeszcze na chipsach, bez prawdziwej beczki i więcej w nim nut drewnianych. Niemniej jest to wino wciąż świeże, z ładnym wiśniowym owocem, nutami tytoniu, wyprawionej skóry i odrobiną siodła (co nawet dodaje mu elegancji). Dość solidnie zbudowane, pomimo zaledwie 12% alkoholu i całkiem długie, świetne wino gastronomiczne.

Rondo 2008
Jest to wino „interregionalne”, zrobione z owoców pochodzących z
Winnicy Paczków. Ciągle jeszcze surowe, nie w pełni zintegrowane (posmak chipsów), ale z dobrym wiśniowym owocem i świetną strukturą tanin. Z przyszłością.

Winnica Wieczorków
Spośród wystawionych w Jaśle półtuzina butelek z Małopolskiego Przełomu Wisły najbardziej przekonująco wypadło chyba wino od państwa Wieczorków.

Sibera – Seyval 2008
Prawie dojrzały owoc (cytrusy, jabłko brzoskwinia) i świeży, czysty aromat. Przyjemne, smaczne i dość długie wino, o zgrabnej budowie i bez nadmiernej zieloności, co w tym roczniku jest pochwałą.

Otagowane:  

  • RSS