POLSKA NA ENOEXPO – POSTSCRIPTUM

Dodano 24 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Z poprzedniej notki umknęło mi jeszcze kilka win wystawionych na polskim stoisku, z którymi wprawdzie wcześniej już miałem przyjemność, lecz dotąd z nikim nie dzieliłem się tymi wrażeniami, a są tego warte. Winnica Poraj-Paczków pokazała kilka interesujących butelek, z nich szczególnie podobał mi się Johanniter 2008, wino zgrabnie poukładane, gruszkowo-cytrusowo-kwiatowe, z dobrym mineralnym kręgosłupem, było też apetyczne, jabłkowo-malinowe Rondo Rosé 2008. Z całej serii win przedstawionych przez uniwersytecką Winnicę Nad Dworskim Potokiem ponownie spróbowałem Biancę 2008, wino wciąż świeże, żywe, choć zyskujące już powoli smakowitą, jabłkową dojrzałość, a także solidnie zbudowany, mineralny Hibernal 2008, przed którym dopiero lata świetności. Spośród win z Winnicy Comte z ciekawością powróciłem do Ronda 2008, któremu tutaj zaledwie wieściłem dobrą przyszłość, a dziś jest to już pełne i harmonijne wino z dobrym owocem i sprężystą strukturą. 

Na koniec jeszcze ogólniejsza refleksja. Cały ten polski występ na Enoexpo – mówię tu zarówno o konkursie, jak i targach – był ewidentnym sukcesem. Tym bardziej, że nie była to już impreza niszowa, subkulturowa, jak dotychczasowe konwenty, czy różnego rodzaju lokalne dni i święta winiarskie, na których nasi winiarze spotykali się tak naprawdę z garstką przyjaciół, przeważnie zdeklarowanych zwolenników polskiego wina. Zdecydowana większość tych, którzy spróbowali polskich win podczas pokonkursowej prezentacji, czy na naszym stoisku bynajmniej nie przyszła na te targi z ich powodu (a raczej dla win włoskich, niemieckich, węgierskich, gruzińskich, etc.), mimo tego ich reakcje były najczęściej bardzo, bardzo pozytywne.


Koniec długiego dnia, już po zamknięciu targów – polscy winiarze we własnym gronie

Trudno przecenić, jakie korzyści dla winiarzy płyną z takich spotkań i konfrontacji z prawdziwym rynkiem. Polskie winnice powoli wyrastają ponad zaściankowy poziom i niejedna z nich już dziś mogłaby powalczyć w środkowoeuropejskiej lidze. Niewiele więc już dadzą nam li tylko wewnątrzpodwórkowe porównania i nasze wina powinny bez kompleksów stawać obok dobrych i uznanych win europejskich, gdyż tylko wtedy zdopingujemy się do dalszej poprawy jakości. Dlatego na przyszłorocznym Enoexpo powinno się zameldować nie kilkunastu, ale co najmniej pół setki polskich winiarzy, jeśli tylko czują się oni na siłach pokazać swoje wina szerszej publiczności. Szkoda przecież nie skorzystać z takiej okazji, jaką jest możliwość darmowego wystawienia się na największej i najważniejszej imprezie winiarskiej w Polsce.

Otagowane:  

POLSKA NA ENOEXPO

Dodano 22 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Od środy do piątku trwały targi Enoexpo, o samej imprezie nie będę się rozpisywał, bo zrobili to już inni, a więc tu tylko parę słów o wcale udanej tam obecności naszych krajowych producentów. A stało się tak dzięki uprzejmości organizatorów, którzy umożliwili darmowy udział polskich win w konkursie winiarskim, jaki w tym roku po raz pierwszy towarzyszył tym targom, a także ich prezentację na stoisku oddanym, również bezpłatnie, do dyspozycji Vinisfery i Polskiego Instytutu Winorośli i Wina. Mogliśmy więc zaprosić naszych winiarzy do pokazania swoich win szerszej, targowej publiczności.


Marek Jarosz i Mariusz Kapczyński w roli konferansjerów

Już pierwszego dnia, wkrótce po otwarciu targów urządziliśmy krótką konferencję na temat kondycji polskiego winiarstwa, połączoną z prezentacją win wyróżnionych w konkursie. Potem, w ciągu trzech targowych dni można było te i inne polskie wina degustować na naszym stoisku E34. Frekwencja dopisała zarówno ze strony winiarzy-wystawców, jak i publiczności. Ze swoimi winami zaprezentowało się – osobiście lub per procura – ponad tuzin producentów, w tym niemal cała krajowa ścisła czołówka. Polskie stoisko należało do najbardziej oblężonych na targach, a odwiedzający którzy dotąd nie zetknęli się z naszymi winami (tacy stanowili zdecydowaną większość) byli przeważnie nielicho zaskoczeni ich dobrym poziomem. Bo też nie było się czego wstydzić i nawet na tle prezentowanej na targach oferty uznanych potęg winiarskich polskie wina nie wypadały wcale źle (co niejednokrotnie podkreślali odwiedzający nasze stoisko zagraniczni goście). Poza winami, które już wcześniej próbowałem, choćby tu, miałem także możność doświadczyć kilku nie znanych mi dotąd butelek (a to jest zawsze najprzyjemniejsze w tej całej degustacyjnej robocie).


Polskie wina konkursowe

A więc przede wszystkim parę win z Winnic Jaworek. Dopiero teraz mogłem bowiem spróbować tamtejszego Pinot Gris 2008 (wcześniej znałem je tylko w postaci fermentującego moszczu, degustowanego prosto z kadzi w październiku ‘08), które już zdobyło sobie entuzjastyczne recenzje, a teraz złoty medal na konkursie Enoexpo. Cóż, mogę tylko podpisać się pod zdaniem moich kolegów, że to naprawdę świetne wino. Podobały mi się także niedawno butelkowane wina czerwone. Urzekł mnie zwłaszcza zwiewny Pinot Noir 2008 o dość jasnej barwie, delikatnej beczce i burgundzkich nutach leśnych owoców i truskawek, dobrze wypadły także nieco bardziej beczkowe Acolon 2008 i Ciemny Burgund 2008 (pinot noir z dodatkiem frühburgundera, zweigelta i röslera). Wszystkie trzy są zinterpretowane z dużym umiarem i kulturą (zaledwie 10,5–11,5% alkoholu), niczego nie udają i mogą być przykładem indywidualnego stylu polskich win czerwonych. Szkoda tylko, że właśnie potwierdziła się plotka o odejściu z Winnic Jaworek autora tych win, enologa Piotra Stopczyńskiego.


Kultowe stoisko E34

Barbara i Marcin Płochoccy (szykujący się właśnie do rozpoczęcia oficjalnej sprzedaży wina) nalali mi spod lady świeżutki kupaż Seyval Blanc – Jutrzenka 2008, który ciągle jeszcze “przegryza” się w kadzi i czeka na zabutelkowanie. Moim zdaniem, to najlepsze w roczniku 2008 wino z tej czołowej polskiej winnicy, uwidaczniające najlepsze cechy obydwu odmian: dobry ekstrakt i mineralny kręgosłup seyvala (ok. 85% kupażu) oraz wyrazisty owoc i aromat jutrzenki (ok. 15%). Już dziś jest to wino świetnie zbudowane, dość pełne, złożone w aromacie (jabłka, agrest, liście porzeczki, kwiat dzikiego bzu, pokrzywa, etc.), kompletne i długie, a czas pewnie jeszcze popracuje na jego korzyść. Duże brawa.


Polscy winiarze oblężeni

Otagowane:  

FLORIAN BILICKI PRZYPOMNIANY

Dodano 21 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

W ostatnim wydaniu Czasu Wina (nr 42) Wojciech Gogoliński pisze o Florianie Bilickim (ur. ok. 1880, zm. 1961), jednej z najważniejszych figur tokajskiej sceny pierwszej połowy XX wieku. W Polsce mało kto o nim wie, także dla Węgrów, którzy nieco lepiej go pamiętają, pozostaje Bilicki personą dość tajemniczą. Czekałem na ten artykuł niecierpliwie, gdyż Wojtek od paru już miesięcy tropił wszelkie zachowane na papierze i w ludzkiej pamięci strzępki informacji o tej postaci i w końcu złożył je w prawdziwie fascynującą opowieść. Jest ona głównie o tym, jak pewien młody człowiek z Kujaw dość przypadkowo trafił do miasteczka Abaújszántó i nie mając wcześniej nic wspólnego z winem stworzył jedną z pokaźniejszych fortun tokajskich swego czasu.


Ale plączą się tam również
inne wątki, rysujące zmierzch „starego” Tokaju, a więc holokaust i losy
żydowskich przyjaciół i sąsiadów Bilickiego, Zimmermannów i Flagmannów,
którzy od paru pokoleń tak wielką rolę odgrywali w tokajskim
winiarstwie i wreszcie rok 1945, kiedy to on sam stracił praktycznie
wszystko, co posiadał. Ten krótki artykuł, to właściwie tylko szkic,
jakby sprawozdanie ze żmudnego śledztwa, ale i tak jest to bodaj
najpełniejsza biografia Bilickiego, jaka dotąd ukazała się drukiem. Mam
jednak nadzieję, że autorowi starczy cierpliwości, aby zebrane przez
siebie rewelacyjne materiały i często wręcz sensacyjne tropy przekuć w
jakiś obszerniejszy tekst, temat bowiem wart jest książki. Lektura
obowiązkowa.





Florian Bilicki z krewnymi
w swojej winnicy w Abaújszántó w latach 1930-tych. Widoczna na zdjęciu figurka maryjna, pod którą nasz bohater często siadywał doglądając winobrania istnieje do dzisiaj, podobnie jak dawne piwnice Bilickiego, należące obecnie do winnicy Pendits. © Czas Wina

Otagowane:  

DOBRE POMYSŁY I DROBNE FUSZERKI

Dodano 16 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Dopiero niedawno parę osób zarekomendowało mi stronę www.ustawawiniarska.pl, na którą wcześniej nie trafiłem, choć nie jest to rzecz całkiem nowa. Pomysł tak szerokiej, obywatelskiej akcji na rzecz zmiany przepisów winiarskich spodobał mi się nadzwyczajnie – duża promocja, zaangażowanie lokalnych władz i paru instytucji, liczne punkty zbierania podpisów… Aż poczułem ukłucie zazdrości, że to nie my za tym stoimy. Zaraz wydrukowałem parę egzemplarzy zamieszczonej na stronie listy, żeby obejść znajomych i wymusić od nich podpisy, bo jeśli nie rząd, nie posłowie, to tylko my, obywatele możemy zmienić prawo nieprzychylne drobnym winiarzom.

Kiedy jednak wczytywałem się w szczegóły, mój obywatelski entuzjazm powoli opadał. Najpierw zapragnąłem przeczytać projekt ustawy, pod którym miałbym się podpisać. Na stronie znalazłem propozycje zmian odpowiednich ustaw, w swoim meritum ze wszech miar godne poparcia, ale formalnie jest to dokument dość daleki od kryteriów projektu ustawy. To raczej, że tak powiem, dopiero półprodukt. A skoro autorzy już włożyli w to tyle pracy, czy nie warto było nad tym tekstem przysiąść jeszcze parę popołudni i zredagować go tak, jak pisze się projekty ustaw? Dokument taki powinien zawierać przede wszystkim tekst proponowanej ustawy w pełnym brzmieniu, a także uzasadnienie, zgodnie z art. 34 regulaminu sejmu (liczne przykłady takich projektów można podejrzeć na stronach sejmowych).

Powie ktoś, że to drobna niedoróbka i jeszcze zdąży się to poprawić. Nie całkiem, bo przecież rozpoczęto już akcję zbierania podpisów i o ile wiem, zaangażowało się w to sporo osób w całej Polsce. A więc setki, a może tysiące osób podpisują się dziś pod projektem ustawy, który wciąż nie istnieje, lub też, w najlepszym wypadku, leży w czyjejś szufladzie i dotąd nie został podany do publicznej wiadomości. W takiej sytuacji mogłoby się pod tym podpisać nawet pół Polski i poza niewątpliwym efektem medialnym nie będzie to miało żadnego formalnego skutku. Będzie można te listy z podpisami wyrzucić do kosza, gdyż zgodnie z art. 9 ust. 1 ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli „w miejscu zbierania podpisów obywateli musi być wyłożony do wglądu projekt ustawy”.

Aha, jeszcze jedno. Zgodnie z art. 5 wspomnianej ustawy, by taka akcja zbierania podpisów pod obywatelskim projektem zmian prawnych odniosła zamierzony skutek powinien ją prowadzić specjalnie w tym celu ukonstytuowany, co najmniej 15-osobowy komitet, spełniający pewne określone wymogi co do procedur powołania, nazwy, reprezentacji, etc. Na stronie tej inicjatywy nie ma ani słowa o żadnym komitecie, nikt nie występuje w jego imieniu, ani też nikt nie powołuje się na prawo do jego reprezentowania. No to co jest grane, nie ma komitetu, czy też jest, ale się głęboko utajnił? Wygląda na to, że nie dopełniono kolejnej formalności, w takim razie powinniśmy całą tą akcję potraktować już tylko jako kunsztowny happening.

Swoją drogą, to zadziwiające, że w działaniach które firmują władze samorządowe Zielonej Góry i osobiście prezydent miasta zdarzają się takie uchybienia formalne. Czyżby nie pracował tam żaden radca prawny? W innej sytuacji pewnie bym docenił klasę tak odważnej prowokacji artystycznej, mówię to bez ironii, ale obawiam się, że ta sfuszerowana akcja może rzucić nie najlepsze światło na całe środowisko polskich winiarzy, bo też wielu z nich, w dobrej wierze zaangażowało się w to całe przedsięwzięcie. To, że kompromitują się lokalni politycy, ani mnie ziębi, ani grzeje.

Otagowane:  

ODROBIONA LEKCJA Z TERROIRYZMU

Dodano 15 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Ostatnio znalazłem wreszcie nieco czasu, aby przeczytać parę książek odkładanych dotąd z powodu pilniejszych zajęć. Wśród nich znalazła się także Understanding vineyard soils autorstwa Roberta E. White’a (Oxford University Press 2009), która bodaj od wakacji leżała już na biurku jako wielce pilna lektura. White, to znany australijski gleboznawca, profesor uniwersytetu w Melbourne i autor paru klasycznych podręczników (m.in. tego i tego). Już przed wielu laty interesował się on, jak gleba i podłoże mogą wpływać na jakość i charakter wina, traktując to z początku jako hobby. Jednak pasja ta, wsparta ogromnym doświadczeniem zawodowym (nie tylko pracą naukową, ale także rozległą praktyką agronoma-doradcy prowadzoną w kilkunastu krajach) zaowocowała w końcu wydaniem dwóch poważnych książek.

Poprzednie dzieło White’a Soil for fine wines (Oxford University Press 2003), to bodaj pierwsza, tak rzetelna książka tłumacząca funkcjonowanie winogrodniczych terroirs, na tyle kompletna i przekonująca w swoich interpretacjach, aby można ją było stosować w praktyce winiarskiej. Wcześniej oczywiście ukazało się szereg ważnych artykułów na ten temat, poczynając od pionierskich prac Gérarda Seguina sprzed prawie czterdziestu lat, jednak objaśniały one zaledwie jakieś cząstki tego złożonego zagadnienia. White w kompetentny sposób skompilował tą rozproszoną wiedzę, zweryfikował według bieżącego stanu badań, uzupełnił i zinterpretował, tak że wyłonił się z tego w miarę całościowy, spójny obraz.



Nie da się tego powiedzieć o jakichkolwiek wcześniejszych próbach syntezy tego tematu, takich choćby jak głośna swego czasu książka Jamesa E. Wilsona Terroir. The role of geology, climate and culture in the making of French wines (Octopus Publishing 1998), którą ma na półce chyba każdy ambitniejszy winoman, albo z założenia popularyzatorska publikacja Jaquesa Fanet Les Terroirs du vin (Hachette Pratique 2001). Książka Wilsona, pomimo całego bogactwa użytych w niej materiałów źródłowych – w tym kapitalnych własnych badań geologicznych autora –
w warstwie interpretacyjnej bywa miejscami rozczulająco naiwna i nieraz powtarza nie potwierdzone empirycznie mądrości ludowe zasłyszane u lokalnych winiarzy.

Można więc powiedzieć, że Soil for fine wines, to w pewnym sensie książka przełomowa dla zrozumienia istoty terroir, która jednak, poza kręgami profesjonalnymi nie zdobyła sobie większej popularności, prawdopodobnie ze względu na ścisły, naukowy język (i może niezbyt atrakcyjną szatę graficzną). Bo też nie każdy, kto ma nawet spore pojęcie o uprawie winorośli zrozumie, o co tak naprawdę chodzi w pojemności sorpcyjnej gleby (cation exchange capacity) albo co to jest stosunek molowy krzemu i glinu w koloidach glebowych (Si:Al mole ratio in clay minerals). A są to, jak dowodzą współczesne badania, parametry wcale nieobojętne dla potencjalnej jakości winogron i wina!



Wprawdzie Understanding vineyard soils w dużej mierze bazuje na materiale z tamtej książki, ale jest to dziełko znacznie lepiej przemyślane, dopracowane i czytelne. Tekst jest bardziej zwięzły (ok. 200 stron), choć wystarczająco szczegółowy nawet dla doświadczonych winogrodników, a jego układ jest bardziej przejrzysty, prawie podręcznikowy. Autor dedykuje tą książkę praktykom uprawy winorośli i jest to dobry adres. Ja natomiast polecam ją wszystkim dociekliwym winomanom, szczególnie tym, których interesuje wpływ siedliska, organika, biodynamika i tym podobne sprawy. Jest to bowiem sfera obrosła w wyjątkowo dużo nieporozumień, potocznych półprawd i powtarzanych bez zastanowienia mitów, których większość dziś już można dość łatwo rozszyfrować. I chyba wypada to zrobić.

Otagowane:  

SZAMPANY W STARYM

Dodano 14 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Żaden szanujący się pieczeniarz nie odmówiłby takiej okazji, więc i ja pobiegłem, bo też nieczęsto zdarza się w naszym oszczędnym mieście, aby ktoś lał za darmo ciekawe, nietuzinkowe szampany. Wczoraj Katarzyna i Leszek Likusowie gościli w Hotelu Starym Jana-Baptystę Geoffroy, producenta win szampańskich pod marką René Geoffroy, była więc pyszna kolacja i otwarto całkiem sporo butelek.


Jean-Baptiste Geoffroy (który sam przedstawia się skromnie jako winogrodnik – vigneron), pokazał się jako sympatyczny, kapitalnie zakręcony winiarz, który potrafi z pasją i temperamentem opowiadać o swojej pracy w winnicy i piwnicy. Ani śladu szampańskiego zadęcia, jedwabnego krawata, wyuczonej uprzejmości i bredzenia o produits de luxe. Bardziej przystawałby on do jakiejś małej winnicy, powiedzmy w Roussillon, albo w Morgon, niż do lukrowanego blichtru Épernay. Choć robione przez niego wina są jak najbardziej szampańskie, w dobrym tego słowa znaczeniu.


Jean-Baptiste Geoffroy wykłada przewagi metody saignée nad różem z kupażu.


A tu objaśnia ze wszelkimi technicznymi detalami sekrety produkcji dobrej ratafii (cierpliwym słuchaczem jest Leszek Likus). 



Brut 1-er Cru Cumiéres Expression **/*
(50% pinot meunier, 40% pinot noir, 10% chardonnay)
Nieskomplikowane, przyjemnie orzeźwiające wino o czystych aromatach jabłkowo-cytrusowych i mineralnej końcówce. Nieco szczupłe, ale na aperitif w sam raz.



Extra Brut Millesime 2000 ****
(70% chardonnay, 30% pinot noir)
Bogaty aromat dojrzałych jabłek, a raczej utartej z nich pulpy (jak na szarlotkę), beza, cukier puder, przyprawy korzenne (kardamon, cynamon, goździki). W ustach wino jest bardzo wytrawne, mineralne, dość pełne, rozwija całą paletę jabłeczno-jajeczno-cukrowych aromatów dojrzałego szampana, długie. Duża klasa.



Brut 1-er Cru Cumiéres Volupté ***/*
(80% chardonnay, 20% pinot noir)
Pierwszy nos lekko drożdżowy, beza, pulpa jabłkowa, limonka. W smaku dość krągłe, z orzeźwiająca nuta cytrusową, dojrzałe jabłka, piana z białek, cukier puder. Wino nie jest tak złożone, jak poprzednie, ale eleganckie, konsekwentne, czyste i wcale długie.



Brut 1-er Cru Cumiéres Rosé de Saignée ***/*

(100% pinot noir)
Ten różowy szampan został uzyskany rzadko już dziś stosowaną metodą „puszczania krwi” (saignée), czyli krótkiej maceracji w miazdze winogron (dziś większość różowych szampanów robi się dodając do białych win bazowych kilka procent czerwonego wina szampańskiego pinot noir). Tym sposobem powstało wino w swoim charakterze bardziej „różowe”, niż „szampańskie”, o lekko tanicznej strukturze i całkiem bogatym aromacie (poziomki, truskawki, jabłka malinówki, fiołki, bezy, bita śmietana, etc.) To wciąż młody szampan (ze zbioru 2007), ale już nieźle poskładany, długi, z pewną elegancją i klasą.



Brut 1-er Cru Cumiéres Empreinte ***

W nosie dojrzałe jabłka, obierki, dojrzałe gruszki (wyczuwalna delikatna lotna kwasowość), z czasem pojawiają się bogate aromaty smażonych jabłek, dojrzałych gruszek, cynamonu, białych kwiatów. Usta pełne dojrzałej, jabłkowo-gruszkowej owocowości (przez co wino to zadziwiająco dobrze zgodziło się z pikantnie przyrządzoną kaczką w sosie estragonowym, lepiej, niż opisane wyżej
Rosé de Saignée), z dość długą mineralną końcówką. W sumie bogate, pełne, atrakcyjne i „komfortowe” wino, choć zdecydowanie mniej eleganckie, niż trzy poprzednie.


Ratafia de la Champagne ***
Ratafia, to tradycyjny likier produkowany w Szampanii z nie przefermentowanego moszczu gronowego wzmocnionego destylatem (jest to więc klasyczna mistella, podobnie, jak floc de gascogne, pineau de charentes, czy macvin de jura). Ratafia rzadko odznacza się porywającą jakością, jest to z reguły dość prosty jasnoróżowy napitek, często utleniony, pozbawiony finezji i świeżości. Tu mamy trunek wyłamujący się z tej raczej powszechnej reguły, uzyskany z owoców pinot noir i pinot meunier poddanych krótkiej, zimnej maceracji (bez fermentacji). Likier odznacza się nasyconą jasnoczerwoną barwą, żywą kwasowością, zrównoważonym alkoholem (18%) i czystym aromatem świeżych leśnych owoców (poziomki, żurawina). Całość bardzo przyjemna.

Wszystkie te wina (z wyjątkiem ratafii) są dostępne w Krakowie w bardzo przyzwoitych, jak na Polskę cenach, w sklepie Vinoteka 13.

Oceny win:
***** – wybitnie, wielkie, niezapomniane
**** – bardzo dobre, znakomite
*** – dobre, interesujące, godne zapamiętania
** – poprawne, przyzwoite, do picia na co dzień
* – słabe, nie polecam
/* – oznacza pół punktu (np. ***/* – to wino więcej, niż dobre)

DWA TYGODNIE LENISTWA I WINNICE WIEDNIA

Dodano 8 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Anonsowana ostatnio wyprawa do Raczy pod względem winiarskim okazała się bardzo udana. Jednak kilkaset kilometrów szaleńczej jazdy przy otwartym oknie (nasz gruziński kierowca, poza tym że namiętnie wyprzedzał „na trzeciego” przy 180 km/ha, palił jednego papierosa za drugim) skończyło się dla mnie ostrym zapaleniem i ponad dwoma tygodniami w łóżku. Nie wiem czy to reguła, ale u mnie choroba objawiła się miedzy innymi wzmożonym komputerowstrętem i z trudem zmuszałem się, żeby co parę dni odebrać pocztę, nie mówiąc już o jakimkolwiek pisaniu.



Do normalności wyrwał mnie dopiero umówiony wcześniej instytutowy wypad do Wiednia, gdzie na zaproszenie tamtejszego magistratu zgłębialiśmy szczegóły gospodarowania w miejskich winnicach. Magistrat wiedeński posiada bowiem w granicach miasta swoje własne, całkiem spore gospodarstwo rolne o powierzchni nieco ponad 2 tys. ha, z czego około 50 ha zajmują uprawy winorośli. Gdybyż udało się namówić władze Krakowa choćby na pół hektara miejskiej winnicy…



Miejskie gospodarstwo winiarskie – Weingut Cobenzl – ma swoją siedzibę na górującym nad Grinzigiem wzgórzu Cobenzl – produkuje się tam rocznie ćwierć miliona butelek, które sprzedają się jak ciepłe bułeczki (z tego ok. 20 procent na miejscu, w samej winiarni).



Thomas Podsednik, absolwent słynnej szkoły winiarskiej w niedalekim Klosterneuburgu (a obecnie szef wydziału rolnictwa w wiedeńskim ratuszu) od dwudziestu lat odpowiada za produkcję wina w Weingut Cobenzl – tu w zaciętej dyskusji z Markiem Jaroszem z PIWiW nad jego (Marka) idée fixe, jaką jest rekonstrukcja miejskiej winnicy na stokach Wawelu.



Najmniejsza zarejestrowana wiedeńska winnica – ried Schwarzenbergplatz –znajduje się w samym centrum miasta, na placu tej samej nazwy. Jest to właściwie niewielki ogródek przytulony do pompatycznej kamienicy w stylu drugiego cesarstwa, a jak mówi tradycja winorośl posadził tu około 1900 roku pochodzący z Siedmiogrodu dozorca tego domu. Na powierzchni zaledwie 1,7 ara rośnie tu niecałe 40 krzewów winorośli, ale rodzą one bodaj najdroższe trunki nad Dunajem. Z winogron zbieranych co roku własnoręcznie przez urzędującego burmistrza Wiednia i innych lokalnych notabli (tu relacja z ostatniego winobrania) uzyskuje się około 50 butelek wina Gemischte Satz Ried Schwarzenberg, sprzedawanego w całości na aukcji charytatywnej. W zeszłym roku „poszły” one w sumie za 13.500 euro!



Winnicą na Schwarzenbergplatz opiekuje się nestor wiedeńskich winiarzy Franz Mayer.

Otagowane:  

  • RSS