SZLAKIEM WIELKIEJ AMFORY

Dodano 17 lipca 2010, w Bez kategorii, przez bosak







Korzystając z wyjazdu na kongres OIV w Tbilisi
nie mogłem sobie odmówić krótkiego rajdu po Kachetii, z intencją odwiedzenia paru
producentów stosujących unikalną technologię wyrobu wina w pogrzebanych w ziemi
wielkich amforach kwewri. O tej prastarej
„metodzie kachetyjskiej” – jak i o samych amforach – piszę szerzej w osobnym
artykule i tam odsyłam zainteresowanych, a tu poprzestanę na impresjach.

Pierwsza jest taka, że tradycyjne wina z kwewri wracają w Gruzji w wielkim stylu.
Technologia, która przez ostatnie pół wieku była zepchnięta do przydomowych piwniczek
(wcale zresztą licznych), od paru lat jest coraz częściej stosowana także w
komercyjnej produkcji wina. Specjalną w tym zasługę mają drobni
producenci – i to kolejny gruziński fenomen – których ostatnio coraz tam więcej.
W samej Kachetii działa już kilkudziesięciu niewielkich, komercyjnych wytwórców,
gospodarujących na kilku lub kilkunastu hektarach winnic. Jak na europejskie standardy
wciąż nie jest ich wielu, ale w całej strefie postsowieckiej jest to ewenement.

Niewątpliwie do najciekawszych takich małych projektów
winiarskich w Kachetii należą piwnice Prince Makashvili w Kardenachi. Jest to
inicjatywa piątki przyjaciół z Tbilisi, którzy przed siedmiu laty, bardziej dla
frajdy, niż zysku kupili wspólnie jednohektarową winnicę i zaczęli bawić się w
biodynamikę. Dziś posiadłość obejmuje 5,5 ha winnic położonych w bardzo niegdyś
prestiżowych crus Carapi i Achoebi, w granicach apelacji Kardenachi
i Gurdżani. Grupie przewodzi dziennikarz Georgi Makaszwili, enologiem jest
filolog Suliko Caiszwili, a pozostali trzej wspólnicy są lekarzami.

To pierwsza konsekwentnie biodynamiczna winnica
w Gruzji i jako taka jest ona właściwie z definicji skazana na międzynarodowy
aplauz. Nasi biodynamicy z Kardenachi są często zapraszani na różne zagraniczne targi i pokazy, ich wina są sprzedawane w Europie po 20–30 euro
za butelkę, a mimo to chętni
zapisują się na listy oczekujących. Zważmy jednak, że cała roczna produkcja nie przekracza nawet 10 tysięcy butelek, a niektóre
wina są dostępne w ilości zaledwie kilkuset flaszek.

Podstawowym uprawianym szczepem jest rkaciteli,
który uzupełniają białe odmiany mcwane i chichwi oraz ciemna saperawi. W
winnicach sporo jest starych, trzydziesto- i czterdziestoletnich krzewów, a
średnia wydajność z hektara nie przekracza 20 hektolitrów. Wina są produkowane
zgodnie z tradycyjną „metodą kachetyjską”, macerowane w kwewri przez 6 miesięcy, a potem jeszcze dodatkowo starzone w amforach przez co najmniej 12 miesięcy. Fermentacja jest prowadzona wyłącznie na
własnych drożdżach, co pozwala utrzymać zawartość alkoholu na rozsądnym poziomie
około 13 procent. Wina są siarkowane dopiero przed samym butelkowaniem, przy
zastosowaniu niewielkich dawek SO2 rzędu 20–50 mg/l.

W sadzie przed starym wiejskim domem w Kardenachi, który służy za letnią
rezydencję firmy, w
raz z
Georgim Makaszwili i Suliko Caiszwili degustujemy
ich wina
. Ozdobę podwórka, obok trzydziestoletniego żiguli
stanowi malowniczy dwupoziomowy budynek marani,
wzniesiony własnoręcznie przez gospodarzy z krzywych cegieł niedbale zlepionych
wapnem i nieheblowanych desek. Po chwiejnej drabinie schodzi się w czeluście
tej nonszalanckiej piwnicy, tam prosto w klepisku tkwią zakopane kwewri, a na zakurzonych półkach
leżakują tysiące butelek. Wszystkie wina bardzo dobre.



Rkatsiteli Grand Cru Akhoebi 2007

Kupaż 90% rkaciteli, 6% mcwane i 4% chichwi. Intensywny
ciemnozłoty kolor. Wino świetnie zbudowane, mineralne, żywe, pełne
jabłkowo-gruszkowego owocu, z nutą ziół i pigwy, długie, ze świeżą, lekko zieloną
końcówką.

Rkatsiteli Grand
Cru Tsarapi 2007

W nosie intensywny, czysty owoc, jabłka,
gruszki, pigwa, czysto, przyjemnie. W smaku ładnie zbudowane, skoncentrowane, mineralne,
z dobrym owocem (gruszki, pigwa) i długą, pieprzną, lekko taniczną końcówką.

Rkatsiteli Grand Cru Tsarapi 2006

Kolor herbaciany. Intensywny aromat pieczonych
jabłek, pigwa, śliwki mirabelki. W ustach wino świeże, żywe, mineralne,
przyjemny pełny owoc (jabłko, pigwa) i świeża, nieo trawiasta końcówka.

Saperavi Grand Cru Akhoebi 2007

Kolor intensywny, niemal granatowy. Czyste,
wiśniowo-śliwkowe aromaty z nutami pieprzu i śródziemnomorskich ziół, mocna
garbnikowa struktura i pełny, świeży intensywny owoc, pikantna, długa końcówka,
sporo elegancji.

 

Otagowane:  

ROZMYŚLANIA PO ŚNIADANIU

Dodano 1 lipca 2010, w Bez kategorii, przez bosak

Po tygodniu spędzonym poza krajem robię sobie rutynową prasówkę przy porannej kawie i na blogu Krzysztofa Fedorowicza znajduję bardzo zajmującą polemikę dotyczącą planowanej „wojewódzkiej” winnicy pod Zieloną Górą. Podsumowując krótko:

1. Parę dni temu Marek Krojcig (winnica Stara Winna Góra) w wypowiedzi dla Gazety Wyborczej zarysował wizję podziału przeznaczonego na tą winnicę obszaru na parohektarowe działki, uprawiane indywidualnie przez poszczególnych winogrodników, przy zachowaniu pewnych wspólnych reguł („…opracujemy regulamin obowiązków i praw dla winiarzy…”). Ten pogląd zdaje się podzielać kilku zielonogórskich winiarzy.

2. Natomiast Krzysztof Fedorowicz (Winnica Miłosz) obstaje przy koncepcji jednej, wielkiej i niepodzielnej 34-hektarowej winnicy „…na której zabiegi agrotechniczne będą wykonywali zatrudnieni przez wspólnotę – zrzeszoną w grupę producencką – pracownicy…”, a każdy winiarz-udziałowiec miałby wyznaczone swoje rzędy winorośli i w ramach swoich kompetencji mógłby „…zająć się tutaj cięciem winorośli czy samym zbiorem oraz produkcją wina.” Swoją koncepcję autor uzasadnia przede wszystkim potrzebą ochrony walorów krajobrazowych tego miejsca. Tą wizję również poparło parę osób.

Uważam, że dylematy takie powinni rozstrzygać między sobą przyszli użytkownicy winnicy i bynajmniej nie zamierzam kłaść palca między lubuskie drzwi, wtrącając się do tej dyskusji. Nie będę jednak udawał, że sprawa ta w ogóle mnie nie obchodzi, gdyż sam kazus wspólnej winnicy – poprzez swoje rozliczne implikacje kulturowe, społeczne, ekonomiczne, krajobrazowe, etc. – na pewno jest ciekawy i wart bliższego przyjrzenia się. Dlatego pozwolę tu sobie zamieścić na gorąco parę ogólniejszych  uwag, traktując rzeczoną winnicę jako studium przypadku.

Jeśli winnica ma być przedsięwzięciem w pełni komercyjnym, którego celem jest zwrot poniesionych inwestycji i generowanie dalszych zysków – a zakładam, że tak jest – to możliwe są dwie formy jej zarządzania:

1) tak jak chce Marek Krojcig, teren podzieli się na indywidualne działki, które będą zainwestowane i użytkowane przez poszczególnych winiarzy zgodnie z ich własnym planem biznesowym, przy zachowaniu ustalonych wcześniej reguł o charakterze planistycznym (np. rozstaw i kierunek rzędów winorośli, wysokość szpalerów, ograniczenia dot. zagospodarowania działki, etc.), albo…

2) cała winnica będzie od A do Z jednolicie zarządzana – łącznie z produkcją i sprzedażą wina – przez wybrany zarząd, lub zatrudnionego menadżera, który będzie ponosił całkowitą odpowiedzialność za jakość produkcji i wyniki finansowe, ale też będzie miał pełną kontrolę nad każdym krzaczkiem winorośli  – w takim przypadku winiarze-udziałowcy będą mieli głos na walnym zebraniu, ale nie będą mogli się wtrącać do bieżącej pracy w winnicy i piwnicy!

Nie wierzę natomiast, że zdadzą egzamin jakieś formy pośrednie, gdzie winiarz będzie decydował np. o cięciu i zbiorze, ale już nie o ochronie winorośli, czy uprawie gleby. Warunkiem uzyskania wysokiej jakości wina jest bowiem skupiona w jednym ręku kontrola nad każdym etapem produkcji, od zimowego cięcia, po zabutelkowanie wina. A dziś na kiepskim winie nie zarobi się nawet w Polsce (już się zdarzyło, że do jednej z naszych winnic zwrócono ze sklepów partię wina nie zadawalającej jakości).

Oczywiście w wielu krajach Europy wciąż egzystują różnego rodzaju „wspólnoty winiarskie”, czy też inne quasi spółdzielcze twory, które są pochodną zawikłanych struktur własnościowych – często jeszcze postfeudalnych – albo eksperymentów społecznych podejmowanych po ostatniej wojnie (także w zachodniej Europie zdarzały się wówczas przymusowe reparcelacje winnic). Wszelkie tego typu formy wspólnego użytkowania winnic, które ograniczają decyzje poszczególnych producentów (podobnie jak np. zbyt sztywne przepisy apelacyjne) w wielu regionach są dziś uważane za poważne obciążenie w podnoszeniu jakości produkcji wina.

Po co więc, jeśli tworzy się wszystko od nowa, wprowadzać archaiczne struktury i zależności, z których gdzie indziej co ambitniejsi winiarze próbują się czym prędzej wyplątać?

Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie jestem przeciwko grupom producenckim, wspólnym zakupom sprzętu, wspólnym akcjom marketingowym, czy też wszelkim innym formom współpracy, które w danym czasie i danej sytuacji mogą przynieść korzyść winiarzom. Przestrzegam tylko przed tworzeniem zbyt zawiłych, sztywnych i skomplikowanych reguł, które utrudniałyby sprawne zarządzanie winnicą, czy to na poziomie całości, czy poszczególnej, indywidualnej parceli – w zależności od opcji, jaką się wybierze.

Nie jestem też przekonany, czy akurat „wielka winnica – bez działek i miedz” jest tym najlepszym rozwiązaniem z punktu widzenia ochrony walorów krajobrazowych i przyrodniczych? Współczesna winnica, z ukierunkowanym rytmem długich (ktoś wspomniał o 400 m), prostych szpalerów, to nie łagodnie falujące łany zbóż i wprowadzenie takiej dość agresywnej formy przestrzennej na zwartym obszarze o powierzchni ponad 30 hektarów może niekorzystnie odbić się na urodzie tego miejsca.

Nie oszukujmy się, takie nowoczesne, wielkoobszarowe, „przemysłowe” winnice, to nie jest forma jakoś szczególnie długo zakorzeniona w tradycji europejskiego krajobrazu. Podobnie, jak supermarkety, uprawy takie rozpowszechniły się dopiero po ostatniej wojnie, by produkować dużo i tanio, nie licząc się z kosztami ekologicznymi. Sto lat temu w krajobrazie europejskich regionów winiarskich dominowały niewielkie winnice, często poprzedzielane pasami sadów, łąk i pól uprawnych.

Rzadko się o tym głośno mówi, ale rozległe, intensywnie uprawiane monokultury winorośli należą dziś do najbardziej inwazyjnych upraw. Winnice zajmują niecałe 10 procent obszarów rolnych w Europie, a zużywa się w nich około 70 procent wszystkich fungicydów (sic!) Aby zrównoważyć te niekorzystne oddziaływania, w rozwiniętych krajach winiarskich dziś coraz częściej odchodzi się od takich rozległych nasadzeń, a wielkie winnice nierzadko dzieli się na mniejsze parcele, rozdzielone pasami drzew i krzewów (np. w Niemczech zaleca się ostatnio, aby z każdego hektara upraw winorośli wydzielić co najmniej jeden ar w formie „korytarza ekologicznego” lub „ostoi przyrodniczej”).

Nie promujmy więc, proszę, jako modelowego rozwiązania czegoś, co już stało się démodé. Nie krzyczmy wersalikami, że dzielenie winnicy, to „totalna planistyczna porażka”, bo to oczywista bzdura. Nie tyle można, ile należy rozważyć jakąś formę rozdzielenia tak dużej powierzchni. Mnie też by się nie podobało, gdyby zrobiono z tego miejsca ogródki działkowe. Ale przecież można to zrobić inaczej, nawiązując choćby do tradycyjnego krajobrazu zielonogórskich winnic, takiego, jaki znamy ze zdjęć z początku XX wieku.

Gorąco rekomenduję wykonanie rzetelnych studiów krajobrazowych, a także kompleksowej oceny oddziaływania na środowisko, zanim zacznie się poważnie myśleć o ostatecznym projekcie winnicy.

P.S. Jako przyczynek do rozważań, czy lepiej razem, czy osobno polecam mój tekst sprzed dwóch lat, traktujący o samodzielnych drobnych winiarzach.

Otagowane:  

PŁOCHOCCY W SIECI

Dodano 1 lipca 2010, w Bez kategorii, przez bosak

Po pięciu latach od debiutu Winnica Płochockich uruchomiła wreszcie swoją stronę internetową! Gorąco polecam.


Basia i Marcin Płochoccy na winnicy w Darominie, maj 2009

Otagowane:  

  • RSS