PO CO KOMU GŁOWA W WINNICY?

Dodano 20 marca 2012, w Bez kategorii, przez bosak

Jedna z projektowanych przeze mnie winnic, posadzona zeszłej wiosny, znajduje się w wyjątkowo uroczym miejscu – na stumetrowym wzniesieniu górującym nad doliną Dunajca, z którego widok obejmuje kilka pasm górskich, aż po charakterystyczny zarys Pienin na horyzoncie. Realizacja tego projektu nie była jednak tak sielankowa, jak opisany landszaft. Podczas prac przygotowawczych w najbardziej stromej części zbocza powstało osuwisko, które szczęśliwie udało się naprawić i zabezpieczyć, ale kazało nam to jeszcze raz przemyśleć dalsze przeznaczenie tego kawałka gruntu.


Winnica Uroczysko, maj 2011

Po rozważeniu paru innych pomysłów (którymi nie będę tutaj zanudzał) postanowiliśmy wraz z inwestorami, że najbardziej narażona na erozję partia stoku będzie uprawiana wyłącznie ręcznie, gdyż mechaniczny sprzęt mógłby spowodować tam kolejne osuwiska. Dlatego też parcelka ta została obsadzona winoroślą w bardzo gęstym rozstawie 1,2 na 0,8 metra, aby z każdej piędzi owej pracochłonnie uprawianej ziemi uzyskać możliwie wysoki plon, nie przeciążając przy tym zanadto poszczególnych krzewów. Zdecydowaliśmy, że rosnące tam winorośle będą prowadzone tradycyjnym sposobem na głowę.



Krzewy prowadzone na głowę przy palikach i na niskim szpalerze, fragment projektu rekonstrukcji winnicy przy zamku w Janowcu, rys. W. Bosak, 2010

Wspomniana głowa (kopferziehung, gobelet), to znany co najmniej od czasów rzymskich sposób formowania winorośli, który polega na tym, że krzewy co roku przycina się bardzo krótko, najwyżej kilkanaście centymetrów nad ziemią, pozostawiając kilka krótkich czopków z pąkami na owocowanie. Po kilku latach cięcia tworzy się w tym miejscu zgrubienie w formie pięści, zwane właśnie głową. Prowadzone w ten sposób krzewy z reguły podwiązuje się do osobnych palików, choć wyrastające z głowy latorośle można także rozpiąć w formie niskich szpalerów na rusztowaniu z drutów.

Jeszcze przed 60–70 laty był to podstawowy sposób uprawy winnic, stosowany w całej północnej i środkowej Europie, od Szampanii po Siedmiogród, nie wyłączając Zielonej Góry i Warki. Dziś jednak prowadzone w tej manierze winne krzewy prędzej zobaczymy na starych fotografiach, niż w naturze. Jednym z nielicznych miejsc na świecie, gdzie współcześnie próbuje się przywrócić ten tradycyjny system uprawy w nowo zakładanych winnicach są Węgry. Prowadzenie na niską głowę przynosi bowiem szczególnie dobre efekty przy uprawie popularnej tam kadarki, która na szpalerach nigdy nie osiąga porównywalnej koncentracji i finezji aromatu (o takich eksperymentach można poczytać m.in. tu).


Prowadzone na głowę krzewy kadarki, góra Eged k. Egeru

Zresztą w literaturze często podkreśla się lepszą jakość wina pochodzącego z ciętych na głowę krzewów, co bierze się z ich niższej plenności, a także z tego, że winogrona dojrzewają bliżej ziemi, w bardziej stabilnym reżimie termicznym. W naszych warunkach klimatycznych wielką zaletą tego sposobu prowadzenia jest też łatwość okrywania krzewów na zimę. Wystarczy bowiem parę ruchów szpadlem lub motyką, aby głowę wraz z pąkami, z których wyrosną przyszłoroczne latorośle całkowicie obsypać ziemią, a wtedy winorośli nie straszne są nawet trzydziestostopniowe mrozy.



Krzew prowadzony na głowę, wg Jules Guyot, Sur la viticulture du Nord-Est de France, Paris 1864

I to był właśnie główny argument za wyborem tej formy prowadzenia krzewów w przypadku wspomnianej winnicy nad Dunajcem. Zakładając bowiem, że jej część i tak będzie uprawiana ręcznie, można było sobie przy takim prowadzeniu pozwolić na nieco większe plantacje stosunkowo wrażliwych odmian Vitis vinifera – w sumie ponad 1600 krzewów traminera, pinot noir i pinot gris – co przy uprawie na szpalerach byłoby raczej ryzykowne. Mam też nadzieję, że rosnące w tak dużym zagęszczeniu krzewy wymuszą na sobie wzajemnie rozwój głębszych korzenieni, co dodatkowo zwiększy ich odporność na mróz i choroby.


Winnica Uroczysko, maj 2011

Formowanie na głowę ma też swoje wady, które zadecydowały, że po ostatniej wojnie ten tradycyjny sposób prowadzenia winorośli został na większych winnicach niemal całkowicie zastąpiony przez formy szpalerowe. Uprawa takich krzewów jest bowiem bardzo pracochłonna, niewygodna (wymaga częstego schylania się) i trudna do jakiejkolwiek mechanizacji. Wyraźnie niższa, niż na szpalerach jest także wydajność plonu z jednego krzewu, choć w przeliczeniu na hektar te różnice nie są aż takie duże, z uwagi na większą gęstość nasadzeń.



Winnica w Somló

Poza tym forma na głowę nie wszędzie się udaje. Nisko prowadzone przy ziemi krzewy wymagają bowiem miejsc słonecznych, przewiewnych i dobrze chronionych przed przymrozkami, co w chłodniejszych regionach winiarskich mogą zapewnić tylko odpowiednie pochyłości i przewyższenia terenu. Jest to prawdopodobnie najlepszy – także z ekonomicznego punktu widzenia – sposób prowadzenia winorośli na bardzo stromych zboczach a także na bardzo suchych i ubogich glebach kamienistych i piaszczystych. Głowa zawodzi natomiast na terenach żyznych i bardziej wilgotnych, gdzie znajdujące się nisko nad ziemią owoce są szczególnie narażone na choroby grzybowe.

PRACE W JANOWCU II

Dodano 27 lipca 2011, w Bez kategorii, przez bosak

Powoli posuwają się do przodu prace przy rekonstrukcji winnicy w Janowcu. O tym pomyśle pisałem już tu, tu i tu.



Od zeszłego roku całkowicie oczyszczono z drzew i krzewów mniej więcej 150-metrowy odcinek skarpy w miejscu dawnej i przyszłej winnicy.



Odsłoniła się panorama zamku od strony rynku miasteczka…



…i odwrotnie.



Takich widoków nie oglądano w Janowcu od dobrych 30 lat, młodsi znają je tylko ze starych fotografii.



Podczas tych wycinek okazało się, że na skarpie przetrwała co najmniej setka (sic!) winorośli z winnicy założonej w latach trzydziestych przez ostatniego właściciela zamku Leona Kozłowskiego. W przyszłości planuje się badania ampelograficzne, które określą dokładnie, jakie odmiany uprawiano w tamtej winnicy. Na razie udało się zidentyfikować stosunkowo liczne krzewy chrupki białej i czerwonej (chasselas doré, chasselas rouge) i magdalenki andegaweńskiej, znaleziono także różne, nie rozpoznane dotąd krzewy, zarówno Vitis vinifera, jak i odmian mieszańcowych.



Wszystkie znalezione na zamkowej skarpie krzewy vinifer były posadzone „na własnym korzeniu”, bez szczepienia na podkładkach  i to prawdopodobnie pozwoliło im przetrwać bez żadnej opieki kilkadziesiąt mroźnych polskich zim (winnica została opuszczona około 1970 roku). Widać bowiem wyraźnie, że nie raz przemarzały one do samego gruntu, a następnie odrastały z części podziemnej. W przypadku krzewów szczepionych odrosłaby podkładka.

(fot. Petra Křístková)


Po długich dyskusjach i próbach w terenie zapadły decyzje dotyczące sposobu rekonstrukcji tarasów winnicy. Ze względu na niebezpieczeństwo erozji zbocza odpadły wszelkie pomysły z użyciem mechanicznego sprzętu. Półki winnicy będą więc profilowane ręcznie, przy pomocy tradycyjnych narzędzi, jakich niegdyś używano do takich celów (podjął się je zrekonstruować miejscowy kowal). Na razie przy pomocy tych narzędzi zrekonstruowano jedynie niewielki fragment widoczny na zdjęciu powyżej, ale w przyszłym tygodniu, o ile pogoda pozwoli, rozpoczniemy profilowanie trzech stumetrowych tarasów.



Do końca wakacji na zamku w Janowcu można oglądać wystawę moich projektów rekonstrukcji winnicy. Serdecznie zapraszam.

Otagowane:  

ROZMYŚLANIA PO ŚNIADANIU

Dodano 1 lipca 2010, w Bez kategorii, przez bosak

Po tygodniu spędzonym poza krajem robię sobie rutynową prasówkę przy porannej kawie i na blogu Krzysztofa Fedorowicza znajduję bardzo zajmującą polemikę dotyczącą planowanej „wojewódzkiej” winnicy pod Zieloną Górą. Podsumowując krótko:

1. Parę dni temu Marek Krojcig (winnica Stara Winna Góra) w wypowiedzi dla Gazety Wyborczej zarysował wizję podziału przeznaczonego na tą winnicę obszaru na parohektarowe działki, uprawiane indywidualnie przez poszczególnych winogrodników, przy zachowaniu pewnych wspólnych reguł („…opracujemy regulamin obowiązków i praw dla winiarzy…”). Ten pogląd zdaje się podzielać kilku zielonogórskich winiarzy.

2. Natomiast Krzysztof Fedorowicz (Winnica Miłosz) obstaje przy koncepcji jednej, wielkiej i niepodzielnej 34-hektarowej winnicy „…na której zabiegi agrotechniczne będą wykonywali zatrudnieni przez wspólnotę – zrzeszoną w grupę producencką – pracownicy…”, a każdy winiarz-udziałowiec miałby wyznaczone swoje rzędy winorośli i w ramach swoich kompetencji mógłby „…zająć się tutaj cięciem winorośli czy samym zbiorem oraz produkcją wina.” Swoją koncepcję autor uzasadnia przede wszystkim potrzebą ochrony walorów krajobrazowych tego miejsca. Tą wizję również poparło parę osób.

Uważam, że dylematy takie powinni rozstrzygać między sobą przyszli użytkownicy winnicy i bynajmniej nie zamierzam kłaść palca między lubuskie drzwi, wtrącając się do tej dyskusji. Nie będę jednak udawał, że sprawa ta w ogóle mnie nie obchodzi, gdyż sam kazus wspólnej winnicy – poprzez swoje rozliczne implikacje kulturowe, społeczne, ekonomiczne, krajobrazowe, etc. – na pewno jest ciekawy i wart bliższego przyjrzenia się. Dlatego pozwolę tu sobie zamieścić na gorąco parę ogólniejszych  uwag, traktując rzeczoną winnicę jako studium przypadku.

Jeśli winnica ma być przedsięwzięciem w pełni komercyjnym, którego celem jest zwrot poniesionych inwestycji i generowanie dalszych zysków – a zakładam, że tak jest – to możliwe są dwie formy jej zarządzania:

1) tak jak chce Marek Krojcig, teren podzieli się na indywidualne działki, które będą zainwestowane i użytkowane przez poszczególnych winiarzy zgodnie z ich własnym planem biznesowym, przy zachowaniu ustalonych wcześniej reguł o charakterze planistycznym (np. rozstaw i kierunek rzędów winorośli, wysokość szpalerów, ograniczenia dot. zagospodarowania działki, etc.), albo…

2) cała winnica będzie od A do Z jednolicie zarządzana – łącznie z produkcją i sprzedażą wina – przez wybrany zarząd, lub zatrudnionego menadżera, który będzie ponosił całkowitą odpowiedzialność za jakość produkcji i wyniki finansowe, ale też będzie miał pełną kontrolę nad każdym krzaczkiem winorośli  – w takim przypadku winiarze-udziałowcy będą mieli głos na walnym zebraniu, ale nie będą mogli się wtrącać do bieżącej pracy w winnicy i piwnicy!

Nie wierzę natomiast, że zdadzą egzamin jakieś formy pośrednie, gdzie winiarz będzie decydował np. o cięciu i zbiorze, ale już nie o ochronie winorośli, czy uprawie gleby. Warunkiem uzyskania wysokiej jakości wina jest bowiem skupiona w jednym ręku kontrola nad każdym etapem produkcji, od zimowego cięcia, po zabutelkowanie wina. A dziś na kiepskim winie nie zarobi się nawet w Polsce (już się zdarzyło, że do jednej z naszych winnic zwrócono ze sklepów partię wina nie zadawalającej jakości).

Oczywiście w wielu krajach Europy wciąż egzystują różnego rodzaju „wspólnoty winiarskie”, czy też inne quasi spółdzielcze twory, które są pochodną zawikłanych struktur własnościowych – często jeszcze postfeudalnych – albo eksperymentów społecznych podejmowanych po ostatniej wojnie (także w zachodniej Europie zdarzały się wówczas przymusowe reparcelacje winnic). Wszelkie tego typu formy wspólnego użytkowania winnic, które ograniczają decyzje poszczególnych producentów (podobnie jak np. zbyt sztywne przepisy apelacyjne) w wielu regionach są dziś uważane za poważne obciążenie w podnoszeniu jakości produkcji wina.

Po co więc, jeśli tworzy się wszystko od nowa, wprowadzać archaiczne struktury i zależności, z których gdzie indziej co ambitniejsi winiarze próbują się czym prędzej wyplątać?

Proszę mnie źle nie zrozumieć – nie jestem przeciwko grupom producenckim, wspólnym zakupom sprzętu, wspólnym akcjom marketingowym, czy też wszelkim innym formom współpracy, które w danym czasie i danej sytuacji mogą przynieść korzyść winiarzom. Przestrzegam tylko przed tworzeniem zbyt zawiłych, sztywnych i skomplikowanych reguł, które utrudniałyby sprawne zarządzanie winnicą, czy to na poziomie całości, czy poszczególnej, indywidualnej parceli – w zależności od opcji, jaką się wybierze.

Nie jestem też przekonany, czy akurat „wielka winnica – bez działek i miedz” jest tym najlepszym rozwiązaniem z punktu widzenia ochrony walorów krajobrazowych i przyrodniczych? Współczesna winnica, z ukierunkowanym rytmem długich (ktoś wspomniał o 400 m), prostych szpalerów, to nie łagodnie falujące łany zbóż i wprowadzenie takiej dość agresywnej formy przestrzennej na zwartym obszarze o powierzchni ponad 30 hektarów może niekorzystnie odbić się na urodzie tego miejsca.

Nie oszukujmy się, takie nowoczesne, wielkoobszarowe, „przemysłowe” winnice, to nie jest forma jakoś szczególnie długo zakorzeniona w tradycji europejskiego krajobrazu. Podobnie, jak supermarkety, uprawy takie rozpowszechniły się dopiero po ostatniej wojnie, by produkować dużo i tanio, nie licząc się z kosztami ekologicznymi. Sto lat temu w krajobrazie europejskich regionów winiarskich dominowały niewielkie winnice, często poprzedzielane pasami sadów, łąk i pól uprawnych.

Rzadko się o tym głośno mówi, ale rozległe, intensywnie uprawiane monokultury winorośli należą dziś do najbardziej inwazyjnych upraw. Winnice zajmują niecałe 10 procent obszarów rolnych w Europie, a zużywa się w nich około 70 procent wszystkich fungicydów (sic!) Aby zrównoważyć te niekorzystne oddziaływania, w rozwiniętych krajach winiarskich dziś coraz częściej odchodzi się od takich rozległych nasadzeń, a wielkie winnice nierzadko dzieli się na mniejsze parcele, rozdzielone pasami drzew i krzewów (np. w Niemczech zaleca się ostatnio, aby z każdego hektara upraw winorośli wydzielić co najmniej jeden ar w formie „korytarza ekologicznego” lub „ostoi przyrodniczej”).

Nie promujmy więc, proszę, jako modelowego rozwiązania czegoś, co już stało się démodé. Nie krzyczmy wersalikami, że dzielenie winnicy, to „totalna planistyczna porażka”, bo to oczywista bzdura. Nie tyle można, ile należy rozważyć jakąś formę rozdzielenia tak dużej powierzchni. Mnie też by się nie podobało, gdyby zrobiono z tego miejsca ogródki działkowe. Ale przecież można to zrobić inaczej, nawiązując choćby do tradycyjnego krajobrazu zielonogórskich winnic, takiego, jaki znamy ze zdjęć z początku XX wieku.

Gorąco rekomenduję wykonanie rzetelnych studiów krajobrazowych, a także kompleksowej oceny oddziaływania na środowisko, zanim zacznie się poważnie myśleć o ostatecznym projekcie winnicy.

P.S. Jako przyczynek do rozważań, czy lepiej razem, czy osobno polecam mój tekst sprzed dwóch lat, traktujący o samodzielnych drobnych winiarzach.

Otagowane:  

NADWIŚLAŃSKIE REKONSTRUKCJE IV

Dodano 16 czerwca 2010, w Bez kategorii, przez bosak



Po wielu
perypetiach i ze sporym opóźnieniem zakończyło się wreszcie sadzenie dwunastohektarowej
winnicy na krakowskich Bielanach. Jest to dziś druga – po Miękini – największa
winnica w Polsce. O planach związanych z tym miejscem pisałem już w zeszłym roku
(tu także nieco szczegółów), jednak pomimo starannego przygotowania całego przedsięwzięcia zamiarów tych
o mało nie pokrzyżowała wyjątkowo nieprzychylna tej wiosny aura.

Pole „viniferowe”
przygotowane do sadzenia
tu na szczęście zniszczenia nie były duże, 10 kwietnia

Początek sadzenia na polu „rezystentnym” w tym właśnie miejscu wystąpiły największe rozmycia zbocza (patrz zdjęcia poniżej), 30 kwietnia

Po
wcześniejszym uprawieniu gleby oraz wytyczeniu dróg i nasadzeń w ostatnim
tygodniu kwietnia na pole wjechała maszyna do sadzenia. Zgodnie z planem prace przy
zakładaniu winnicy miały potrwać jeszcze około dziesięciu dni, nie udało się. Z
początkiem maja zaczęło padać i co jakiś czas trzeba było schodzić z pola, gdyż
ciężka sadzarka grzęzła w rozmokłej ziemi, a przy tej skali nasadzeń (w sumie ok.
55 tys. krzewów) trudno byłoby z dnia na dzień zorganizować ekipę to ręcznego
sadzenia.

Ekipa firmy E-sadzonka, 30 kwietnia

Z 16 na 17
maja potężna ulewa zmyła część zasadzonego już zbocza (tej samej nocy uszkodzony
został t
akże położony niedaleko winnicy kopiec Piłsudskiego). Po dwóch
tygodniach niemal ciągłego deszczu ziemia tak rozmiękła, że nie można już było wjechać
na pole żadnym sprzętem i w drugiej połowie maja też nie dało się wiele zrobić,
poza powierzchownym posprzątaniem bałaganu. Czwartego czerwca, podczas
sędziowania na Vinoforum doszły mnie wieści o kolejnej nawałnicy i jeszcze większych
zniszczeniach na zasadzonej części stoku.

Zbocze po drugiej ulewie, 7 czerwca

Wyrwy na zboczu, 7 czerwca

Gorzej już
być nie mogło. Po powrocie do Krakowa zastałem zbocze przeorane głębokimi
bruzdami, w których mogłaby się wygodnie schować kompania wojska. Przyznaję, wtedy zwątpiłem, że uda się nam tej wiosny posadzić całą winnicę. Na szczęście już nie
padało i dobrze uprawiona wcześniej gleba zaczęła szybko obsychać. W
zeszłym tygodniu można więc było wjechać na zbocze ciężkim sprzętem, szybko wyrównano
największe wyrwy i sadzenie znów ruszyło z kopyta, tym razem w
afrykańskich upałach.

Naprawa zniszczeń, 10 czerwca

Do
niedzieli właściwie wszystko było już zrobione, pozostało jeszcze ręcznie zasypać
parę rowów w międzyrzędziach najwcześniejszych nasadzeń, gdyż nie da się tam wjechać
szerokim spychaczem nie niszcząc sadzonek, a jesienią trzeba będzie jeszcze dosadzić
parę zmytych rzędów winorośli. Na razie wszyscy mamy dość przygód.

Koniec sadzenia, 13 czerwca

Otagowane:  

NADWIŚLAŃSKIE REKONSTRUKCJE III

Dodano 30 maja 2010, w Bez kategorii, przez bosak





Tej wiosny niemal każdą wolną chwilę pochłaniały
mi abrysy winnic dla Janowca, od których mogłem się oderwać jedynie dla paru
zaplanowanych wcześniej wyjazdów. A kolejny wpis do winologii codziennie odkładałem
sobie „na jutro” i tak zeszły z górą dwa miesiące (za co przepraszam bloga i czytelników,
jeśli się jeszcze jacyś ostali). Tym jednak kosztem projekt rekonstrukcji
janowieckich winnic doczekał się wreszcie ostatecznego rozrysowania i rozpisania
w szczegółach.

Pierwsze szkice tego projektu powstawały jeszcze w zeszłym
roku (tu zdawałem z tego relację), jednak z ostatecznym wyrysowaniem
planów musiałem czekać do marca, gdy po oczyszczeniu z zarośli skarpy pod zamkiem można
było odczytać układ tarasów dawniejszej winnicy. Przy okazji tych prac winiarze
z  MPW odnaleźli dotąd co najmniej kilkadziesiąt
starych winorośli, pochodzących jeszcze z nasadzeń Leona Kozłowskiego z lat 30.
XX w., wśród których większość stanowią krzewy Vitis
vinifera
(najprawdopodobniej różne chrupki i magdalenki). Jest to bodaj jedyny
tak duży zespół starych krzewów winorośli, jaki zachował się u nas poza
regionem zielonogórskim.

Stary krzew V. vinifera zachowany na stoku pod zamkiem (marzec 2010)

Jeśli tak
liczne krzewy wrażliwych odmian deserowych przetrwały tam prawie 40 lat bez opieki, to dowodzi tylko, że na janowieckiej skarpie panują warunki mezoklimatyczne wyjątkowo
korzystne
dla winorośli. Dlatego w projekcie zmieniona została pierwotna, w miarę „bezpieczna” propozycja
doboru odmian, na rzecz większego udziału szlachetnych szczepów V. vinifera. W nasadzeniach nowej winnicy znajdą się więc ostatecznie takie odmiany, jak hibernal, auxerrois, jutrzenka i riesling na wina białe, oraz pinot noir i
pinot noir précoce (czyli frühburgunder) na wina czerwone. Przewidziano także miejsce na sporą, liczącą ponad
tysiąc krzewów kolekcję tradycyjnych szczepów środkowoeuropejskich

26 czerwca, w ramach tegorocznego
Święta Wina odbędzie się
na zamku w Janowcu otwarcie wystawy prezentującej te rekonstrukcje. Serdecznie zapraszam, a dziś na zachętę parę rysunków.

Plan ogólny (rys. W. Bosak 2010)

Widok od południa (rys. W. Bosak 2010)

Profil zbocza w miejscu winnicy tarasowej (rys.
W. Bosak 2010)

Otagowane:  

POMÓŻMY PANU RYSIOWI

Dodano 3 marca 2010, w Bez kategorii, przez bosak

Podczas tej zimy ucierpiały nie tylko winnice. Pod nawałem śniegu zawalił się dom naszego przesympatycznego kolegi-winiarza Ryszarda Rejowskiego (Winnica Domowa Kalisja), wybornego znawcy win i kawy (można o nim przeczytać tu i tu).



Pan Rysio został dosłownie bez dachu nad głową i z bardzo mizerną pensją wiejskiego listonosza, a z powodu kontuzji (chodzi w gorsecie ortopedycznym) nie może sobie nawet dorobić. Nasi koledzy z Małopolskiego Przełomu Wisły już na miejscu działają, ale przyda się każda pomoc. Wszystkich, którzy chcieliby się przyłączyć do naszej akcji pomocy dla pana Rysia odsyłam do centrum dowodzenia na stronach Vinisfery.

Otagowane:  

DEGUSTACJA W BOGUCHWALE

Dodano 3 marca 2010, w Bez kategorii, przez bosak

W ostatnią sobotę w podrzeszowskiej Boguchwale zebrali się winiarze Podkarpacia, aby dokonać technicznego przeglądu swojej bieżącej produkcji (wraz z Mariuszem Kapczyńskim z Vinisfery zostaliśmy poproszeni o ocenę tych win). Zrobiła się z tego jedna z większych, jak dotąd degustacji polskiego wina, na której dwadzieścia dwie winnice zaprezentowały łącznie aż 67 win, w ogromnej większości z rocznika 2009, choć było też kilka starszych butelek. A i tak nie był to komplet podkarpackiego grona, gdyż zabrakło na tym spotkaniu kilku znanych winnic, jak Dwie Granice, Jasiel, Vanellus i Zacisze.

Jeszcze większe wrażenie od tych liczb robił poziom degustacji, gdyż podkarpaccy winiarze wykonali w tym roku prawdziwy skok jakościowy (albo nauczyli się, że nie należy pokazywać słabszych butelek, co też w końcu świadczy o profesjonalizmie). Owszem, było tam kilka butelek słabych, parę nawet ewidentnie wadliwych – jak przystało na techniczną degustację – ale w ogromnej większości były to poprawnie zrobione i smaczne wina, nie wymagające żadnej taryfy ulgowej, aby można się było nimi cieszyć. Z pewnością odegrał w tym swoją rolę dobry rocznik 2009, ale poza dojrzałością owocu widać tu także sporo solidnej winiarskiej roboty.



Ów postęp jakościowy nie ogranicza się bynajmniej do wyeliminowania prostych błędów technicznych (które jeszcze parę lat temu zdarzały się nagminnie) i najbardziej uderzająca jest chyba poprawa stylu tych win. Spora grupa winiarzy zrezygnowała w tym roku zupełnie z szaptalizacji win białych – nawet kosztem pozostawienia alkoholu na poziomie 10,5–11% – co dało w efekcie wina zwiewne, subtelne, intensywne w aromacie, oddające w pełni charakter miejsca. Niektórym udało się to także w winach czerwonych, gdyż grona regenta i ronda dojrzewały w tym roczniku nierzadko do poziomu 12–12,5% potencjalnego alkoholu.

Ogólnie dało się zauważyć lepszą winifikację win czerwonych, przede wszystkim odejście od stosowania enzymów, dłuższą macerację i w efekcie lepszą ekstrakcję polifenoli. W takim wykonaniu i w połączeniu z dobrym rocznikiem pokazały swoją klasę najpopularniejsze u nas ciemne odmiany rondo i regent. Mieliśmy tam ponad tuzin przykładów na to, że na bazie tych szczepów mogą na Podkarpaciu powstawać całkiem poważne, taniczne i skoncentrowane wina czerwone, zdolne powalczyć w środkowoeuropejskiej lidze.



Wszystkich zaskoczył dobry debiut winnicy Pod Sosnami w Dębicy, która zaprezentowała kilka naprawdę ładnych, stylowych win (mnie szczególnie podobał się świetnie zbudowany, wiśniowo-śliwkowy Regent 2009 oraz świeża, mineralna, kwiatowo jabłkowa Bianca 2009). Z bardzo dobrej strony pokazała się winnica Spotkaniówka, a z długiej serii udanych win podobać się mogły zwłaszcza dwa – bardzo dojrzała, gęsta Bianka 2009 i rewelacyjnie skoncentrowane Rondo 2009. Winnica Maria Anna przedstawiła całkiem udane próby z viniferą – Chardonnay 2009 i Pinot Noir 2009 (przy ich winifikacji pomagał enolog Piotr Stopczyński).

Winnica Węgierka, wcześniej krytykowana za nadmierną szaptalizację, teraz pokazała serię lekkich, prawdziwie stylowych win, w tym smakowite, aromatyczne kupaże Aurora-Jutrzenka 2009 i Phoenix-Sibera 2009. Dobre wrażenie zrobiły także nie szaptalizowane winna z winnicy Mieszko, zwłaszcza zwiewna Bianca 2009 i ładnie skoncentrowany Regent 2009. Bardzo indywidualne były wina z winnicy Pod Dębem – prawie gruzińska w charakterze Sibera 2007, macerowana dwa tygodnie na skórkach i ładnie dojrzałe, rustykalne (w pozytywnym znaczeniu) Rondo 2007. Wśród win czerwonych wyróżniały się także Regent 2009 z przemyskiej winnicy Pod Dębami i Rondo 2009 z winnicy Nad Dynówką.



Winnica Golesz pokazała dwa wina czerwone – Rondo 2009 i nie szaptalizowany Regent 2009, obydwa świetnie skoncentrowane, z dobrą strukturą tanin i owocem (to pierwsze czerwone wina z Golesza robione bez enzymów), a także serię win likierowych, wśród których wyróżniły się Hibernal 2009 i Jutrzenka 2009. Barbara i Marcin Płochoccy jak zwykle pokazali serię udanych i ciekawych win z roczników 2008 i 2009, pochodzących głownie z ich świętokrzyskiej winnicy w Darominie. Trzeba tu zaznaczyć, że Płochoccy rozpoczęli w tym roku oficjalną sprzedaż wina, w czym bardzo im kibicuję!

P.S.
Pod wrażeniem tej degustacji (a także paru innych spotkań z polskim winem AD 2009) podjęliśmy z Mariuszem Kapczyńskim decyzję o przyspieszeniu prac nad naszym przewodnikiem po polskich winnicach, tak aby ukazał się on już w końcu tego roku. Po prostu jest o czym pisać! O postępach będziemy informować na stronie Atlas Win Polskich.

SPEŁNIONY SEN O POLSKIM TRAMINERZE

Dodano 14 lutego 2010, w Bez kategorii, przez bosak

W czwartek, razem z Elą i Adamem Kiszkami z uniwersyteckiej Winnicy nad Dworskim Potokiem w Łazach wybraliśmy się do Winnic Jaworek w Miękini, żeby pogadać o inspekcjach, normach i akcyzach, a jeśliby czas pozwolił – to także o winie (przyziemne zrobiły się rozmowy naszych winiarzy, odkąd zaczęli oni na serio wino produkować).


Spacer po zimowej winnicy

Na szczęście czasu starczyło nam także na degustację całego tuzina miękińskich win, a więc były też estetyczne uniesienia. Tym bardziej, że Lech Jaworek ugościł nas w położonym parę kilometrów od winnicy uroczym, gotycko-renesansowym zamku w Wojnowicach, utrzymywanym pieczołowicie przez wrocławski oddział Stowarzyszenia Historyków Sztuki, gdyż sala degustacyjna w Miekini wciąż jest w budowie.


Wizyta w Winiarni

Podczas tej degustacji, poza całym rzędem butelek z lat 2005–08 pokazano nam także trzy próbki z ostatniego rocznika. To wina jeszcze niegotowe, które wciąż leżakują w kadzi lub beczce i będą zabutelkowane dopiero za parę miesięcy, ale już w tym stanie są to najlepsze wina z Winnic Jaworek, jakie dotąd dane mi było spróbować. Wprawdzie w listopadzie odszedł z Miękini enolog Piotr Stopczyński (teraz piwnicą zarządza samodzielnie Sabina Połońska), ale wina z bieżącego rocznika dalej powstają przy jego konsultacji i tą ciągłość widać w kieliszku. W 2009 winogrona znacznie lepiej dojrzały, niż rok wcześniej, a Stopczyński nabrał większego doświadczenia w niełatwej materii polskiego wina i w efekcie wina te sprawiają wrażenie jeszcze lepiej zdefiniowanych i bardziej konsekwentnych w wykonaniu, niż chwalony przez krytyków rocznik 2008.


Zamek w Wojnowicach

Riesling 2009
(alkohol 11%, kwasowość 7,5 g/l, cukier resztkowy 7,5 g/l)
Jest to riesling w stylu zdecydowanie mozelskim, oparty na świetnej równowadze ledwo wyczuwalnej słodyczy i wyrazistej, acz nie nadmiernej kwasowości (ale w zasadzie jest to wino wytrawne), ze stosunkowo niskim alkoholem. Ma ładnie dojrzały owoc (jabłka, brzoskwinie), mocny mineralny kręgosłup i niezłą długość. Jest to wino wciąż jeszcze bardzo młode, z lekko wyczuwalnymi drożdżowymi posmakami, ale już nabiera złożoności i aromatów świeżego siana, rumianku, kwiatu lipy i skórki cytrynowej. Całość jest kryształowo czysta i finezyjna. Duże brawa za trafioną koncepcję i wykonanie.


Degustacja w zamkowych murach

Traminer 2009
(alkohol 11%, kwasowość 6,5 g/l, cukier resztkowy 18 g/l)
Wino będzie potrzebowało pewnie więcej czasu, aby się ułożyć, niż opisany wyżej riesling, w nosie jest wciąż zamknięte, z delikatnie przebijającą się nutką melona i białych kwiatów, ale w ustach już wiele się dzieje. Estetyka tego traminera jest krańcowo różna od potężnych alzackich „gewürzów” z ich piętnastoma procentami. Jest to bowiem wino lekkie i zwiewne niczym dobre mozelskie spätlese, mineralne, z ładną równowagą delikatnej słodyczy i kwasowości i całą feerią wyrazistych odmianowych smaków. Znajdziemy tam więc dojrzałe jabłka (szara reneta), morele, świeżo przekrojonego ananasa, goździki, gałkę muszkatołową, płatki róży jaśmin i biały pierz w końcówce. To połączenie eterycznej struktury i bogactwa aromatów dało iście rokokowe cacko, skrzące się delikatnymi złoceniami i kruche jak porcelana. Jest to wino dobrze przemyślane i precyzyjnie zrobione, z łatwo rozpoznawalnym piętnem odmiany, ale też na wskroś oryginalne, pod wieloma względami niepodobne do innych znanych mi traminerów. Znów jestem pod dużym wrażeniem, tym bardziej że udało się tego wina zrobić całkiem sporą, jak na polskie warunki partię – ponad tysiąc litrów.

Przyznam, że od dawna już czekałem na poważnego traminera z polskiej winnicy. Nie dlatego, że jestem jakimś szczególnym fanem tej odmiany – w kieliszku wyżej cenię sobie na przykład dobrego rieslinga albo furminta – ale ze względu na jej staropolskie konteksty. Jest to bowiem najstarszy ze znanych szczepów uprawianych na naszych ziemiach i jeszcze po ostatniej wojnie dominował on w winnicach Warki i Zielonej Góry. Był też traminer przez całe wieki  najważniejszą odmianą jakościową w winnicach środkowej Europy i dopiero w XVIII–XIX stuleciu został zdetronizowany przez rieslinga. Cóż więc lepiej mogłoby się nadawać na ikonę polskiego winiarstwa?


Winnice w zimowej szacie

Pinot Noir 2009
(alkohol 12,5%)
Kroi się tu kolejne świetne wino, choć jest to dopiero próbka pobrana po paru miesiącach dojrzewania w beczce, więc do końcowego efektu jeszcze daleko. W nosie czuć wyrazisty, bogaty i bardzo „pinotowy” w charakterze aromat z nutami świeżo mielonej kawy, ściółki leśnej, wanilii, czereśni i świeżych poziomek. W swojej materii jest to wino zgrabnie zbudowane z ładnie ułożonymi garbnikami, czystym owocem (czereśnie, truskawki, poziomki), sporą dawką korzennych aromatów i dość długą, pikantną końcówką. Ogólnie zapowiada się tu pinot noir lepiej ogładzony, bardziej elegancki, niż dotychczasowe takie wina z Miękini. Być może dlatego, że w tym roku po raz pierwszy użyto do tego wina w stu procentach nowych beczek  francuskich.

Otagowane:  

POLSKIE WINA W MAKRO

Dodano 6 października 2009, w Bez kategorii, przez bosak



(fot. W. Bosak 2009)

Dwa wina z Winnicy ZbrodziceHerbowe Solaris 2008 i Herbowe Regent 2008 – pojawiły się w ofercie sieci Makro (cena 31,71 zł brutto). Czy to najlepsza strategia dla polskiego wina? Nie mam zdania. Niemniej gratuluję i życzę sukcesów.


Winnica Zbrodzice k. Buska-Zdroju (fot. W. Bosak, maj 2009)


Winnica Zbrodzice  – nowy budynek winiarni (fot. W. Bosak, maj 2009)


Winnica Zbrodzice  – sala degustacyjna (fot. W. Bosak, maj 2009)


Winnica Zbrodzice  – piwnica (fot. W. Bosak, maj 2009)

Otagowane:  

PLAGI EGIPSKIE

Dodano 6 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej – chyba słusznie powiadają, w czym ostatnio utwierdziło mnie parę mejli i telefonów od naszych winiarzy. Na Wzgórzach Trzebnickich grasuje tajemniczy robak-winoroślożerca, a w lubelskim szaleje Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN). Inspektorzy PIORiN-u z Opola Lubelskiego upatrzyli sobie plantacje należące do członków Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły i jak rozbrajająco przyznali się jednemu z kontrolowanych winogrodników, mają „polecenie odgórne i cztery winnice na oku”

Smaczku sprawie dodaje fakt, że jak na razie kontrolowane są małe, całkowicie amatorskie winniczki (w jednym przypadku jest to po prostu rządek winorośli rosnących przy płocie) z których nikt nawet nie zamierza robić wina na sprzedaż. Niemniej inspektorzy twardo żądają wykazu środków ochrony, terminarza oprysków, atestu opryskiwacza, odgrażają się na kontrolę zbiorów, ścigają ludzi telefonami, nachodzą w miejscu pracy, etc., etc. Zadziwiające, skąd inspekcja bierze tyle energii i czasu na zajmowanie się uprawą absolutnie niszową, a do tego – w tym przypadku – prowadzoną na zupełnie ogródkową skalę (tym bardziej, że dziś doszły mnie słuchy o podobnych kontrolach pod Zieloną Górą). Czyżby nie mieli nic ważniejszego do roboty?

Mój znajomy mający styczność z trzema różnymi oddziałami PIORiN-u twierdzi, że takie kontrole raczej nie mogły wyniknąć ot tak, same z siebie, z rutynowej pracy inspekcji. „W życiu w to nie uwierzę, przecież w tym kraju jest masa innych upraw i nie ma tam takich kontroli. PIORiN nie ma na to środków, ani ludzi ani też specjalnego zainteresowania winoroślą. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych ale…” Ja też nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, więc nie będę dalej cytował, ani dzielił się własnymi domysłami, które właśnie przychodzą mi do głowy.

Inspekcja ma oczywiście prawo do takich kontroli, gdyż według obowiązującego prawa może nam się wtrącać nawet do uprawy jednej marchewki rosnącej na grządce pod oknem. Ale ostatnie naloty na winnice mają wszelkie cechy zorganizowanej nagonki, podjętej w celu egzekucji przepisów niemożliwych do spełnienia. Rzecz bowiem rozbija się o to, że wśród dopuszczonych w Polsce środków ochrony roślin brak jest wielu podstawowych preparatów do ochrony winorośli (np. nie ma tam środków do ochrony przed szarą pleśnią, przędziorkiami, czy szpecielem). A te które są dopuszczone, to w większości środki przestarzałe, mało skuteczne i często bardziej szkodliwe dla zdrowia i środowiska, niż powszechnie dziś stosowane w Europie nowsze preparaty.

Jest tajemnicą poliszynela, że winiarze w razie potrzeby stosują te skuteczniejsze, nowe środki, jak Euparen, czy Folpan, bardzo dobrze sprawdzone w sąsiednich krajach winiarskich, które jednak wciąż nie są u nas dozwolone dla winorośli. Ale czy to winiarze są winni, że odpowiedzialne za to służby państwowe nie zapewniły im podstawowego zestawu środków do ochrony winnic? Czy powinni dopuścić do zniszczenia swoich upraw tylko dlatego, że zawiedli odpowiedzialni za to urzędnicy? Przecież winorośl jest w Polsce uznaną rośliną uprawną, a produkcja wina jest jak najbardziej legalną działalnością komercyjną. To skandal, że instytucja której obowiązkiem jest między innymi dopilnowanie, żeby rolnicy mieli czym chronić swoje uprawy karze ludzi za to, że sama źle się wywiązuje ze swoich obowiązków.

Inspektorzy PIORiN-u ponoć żądali także dokumentów potwierdzających, że posiadane odmiany są dopuszczone do uprawy w UE. Jeżeli to prawda, to jest to już ewidentne nadużycie. Winnicy która nie ma charakteru komercyjnego nie dotyczą żadne ograniczenia w doborze szczepów winorośli – z wyjątkiem legalnego pochodzenia sadzonek nowych, „patentowych” odmian, wciąż chronionych wyłącznym prawem hodowcy. Także w przypadku winnic komercyjnych plantator nie ma obowiązku przedstawiania żadnych dokumentów dotyczących pochodzenia sadzonek (z wyżej wspomnianym wyjątkiem), a jeżeli nasi inspektorzy mają zastrzeżenia co do uprawianych odmian, to sami powinni to udowodnić. Polska już cztery lata temu uzyskała zwolnienie z obowiązku stosowania unijnej dyrektywy w sprawie obrotu sadzonkami winorośli i pracownicy PIORiN-u powinni przecież o tym wiedzieć.

Nasze przepisy dotyczące produkcji i sprzedaży wina – czy ogólnie: produktów spożywczych – są tak napisane, że odpowiednie urzędy i inspekcje są w stanie upupić praktycznie każdego, kto podejmuje się takiej działalności. Pod takim, czy innym pretekstem, na każdego coś się znajdzie i jeśli urzędnik nie wykaże odrobiny dobrej woli, to producent nie ma szans. Ta branża jakoś funkcjonuje tylko dlatego, że kontrolujący często przymykają oko i część przepisów nie jest wykonywana, gdyż po prostu nikt nie jest w stanie ich spełnić w stu procentach. Ale jeśli kogoś się nie lubi, to w każdej chwili można taki przepis wyciągnąć z szuflady. I teraz właśnie tak się stało.

Co znaczy takie najeżone pułapkami prawo i zależność od widzimisię urzędników poznali już chyba wszyscy, którzy próbowali w zeszłym roku rozpocząć oficjalną produkcje wina (pisano o tym tu i ówdzie), teraz dowiadują się tego działkowicze, którzy posadzili sobie parę krzaków winorośli. Pomimo tych wszystkich utrudnień w polskich winnicach powstało już dwadzieścia parę pełnoetatowych miejsc pracy (najwięcej w Winnicach Jaworek, ale też w winnicy UJ, Zbrodzicach i paru innych). I to w sytuacji, gdy na rynku pojawiło się zaledwie kilka tysięcy butelek wina! To prawda, że na razie właściciele winnic do tych etatów słono dokładają z własnej kieszeni, licząc na przyszłe zyski. Ale tak, czy inaczej, tych dwadzieścia parę osób dostaje co miesiąc pensję i ma opłacone składki ZUS. Tylko jak długo?

Gdyby tym wszystkim, którzy tego chcieli i spełnili minimum warunków wymaganych w innych krajach unijnych umożliwiono oficjalną produkcję i sprzedaż wina, dziś pewnie mogłoby to być jakieś pięćdziesiąt etatów, a w przyszłym roku może nawet sto i więcej. Ale kogo w tym państwie to obchodzi? Tu wciąż ważniejszy jest komfort urzędnika (cokolwiek by to miało znaczyć). Niestety, twierdzenie, że w Polsce da się produkować wina gronowe (co jeszcze niedawno sam z uporem maniaka powtarzałem) dziś trzeba zaliczyć do trzeciej kategorii prawdy, według księdza Tischnera.

PS. Nie znalazłem lepszej konkluzji, więc zacytuję dalej mojego znajomego: „Niech pan zwróci uwagę, kontrolują winnice bardzo małe i chyba związane ze stowarzyszeniem, czy się mylę? Sporo tam się dzieje, stowarzyszenie, to tylko parę osób, a organizują imprezy na zamku w Janowcu, może komuś to było nie w smak?  Może zawiść zwykła czy inne ambicjonalne sprawy?” Takie to proste i ludzkie, a my wszędzie węszymy spiski.


  • RSS