DOBRE POMYSŁY I DROBNE FUSZERKI

Dodano 16 listopada 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Dopiero niedawno parę osób zarekomendowało mi stronę www.ustawawiniarska.pl, na którą wcześniej nie trafiłem, choć nie jest to rzecz całkiem nowa. Pomysł tak szerokiej, obywatelskiej akcji na rzecz zmiany przepisów winiarskich spodobał mi się nadzwyczajnie – duża promocja, zaangażowanie lokalnych władz i paru instytucji, liczne punkty zbierania podpisów… Aż poczułem ukłucie zazdrości, że to nie my za tym stoimy. Zaraz wydrukowałem parę egzemplarzy zamieszczonej na stronie listy, żeby obejść znajomych i wymusić od nich podpisy, bo jeśli nie rząd, nie posłowie, to tylko my, obywatele możemy zmienić prawo nieprzychylne drobnym winiarzom.

Kiedy jednak wczytywałem się w szczegóły, mój obywatelski entuzjazm powoli opadał. Najpierw zapragnąłem przeczytać projekt ustawy, pod którym miałbym się podpisać. Na stronie znalazłem propozycje zmian odpowiednich ustaw, w swoim meritum ze wszech miar godne poparcia, ale formalnie jest to dokument dość daleki od kryteriów projektu ustawy. To raczej, że tak powiem, dopiero półprodukt. A skoro autorzy już włożyli w to tyle pracy, czy nie warto było nad tym tekstem przysiąść jeszcze parę popołudni i zredagować go tak, jak pisze się projekty ustaw? Dokument taki powinien zawierać przede wszystkim tekst proponowanej ustawy w pełnym brzmieniu, a także uzasadnienie, zgodnie z art. 34 regulaminu sejmu (liczne przykłady takich projektów można podejrzeć na stronach sejmowych).

Powie ktoś, że to drobna niedoróbka i jeszcze zdąży się to poprawić. Nie całkiem, bo przecież rozpoczęto już akcję zbierania podpisów i o ile wiem, zaangażowało się w to sporo osób w całej Polsce. A więc setki, a może tysiące osób podpisują się dziś pod projektem ustawy, który wciąż nie istnieje, lub też, w najlepszym wypadku, leży w czyjejś szufladzie i dotąd nie został podany do publicznej wiadomości. W takiej sytuacji mogłoby się pod tym podpisać nawet pół Polski i poza niewątpliwym efektem medialnym nie będzie to miało żadnego formalnego skutku. Będzie można te listy z podpisami wyrzucić do kosza, gdyż zgodnie z art. 9 ust. 1 ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli „w miejscu zbierania podpisów obywateli musi być wyłożony do wglądu projekt ustawy”.

Aha, jeszcze jedno. Zgodnie z art. 5 wspomnianej ustawy, by taka akcja zbierania podpisów pod obywatelskim projektem zmian prawnych odniosła zamierzony skutek powinien ją prowadzić specjalnie w tym celu ukonstytuowany, co najmniej 15-osobowy komitet, spełniający pewne określone wymogi co do procedur powołania, nazwy, reprezentacji, etc. Na stronie tej inicjatywy nie ma ani słowa o żadnym komitecie, nikt nie występuje w jego imieniu, ani też nikt nie powołuje się na prawo do jego reprezentowania. No to co jest grane, nie ma komitetu, czy też jest, ale się głęboko utajnił? Wygląda na to, że nie dopełniono kolejnej formalności, w takim razie powinniśmy całą tą akcję potraktować już tylko jako kunsztowny happening.

Swoją drogą, to zadziwiające, że w działaniach które firmują władze samorządowe Zielonej Góry i osobiście prezydent miasta zdarzają się takie uchybienia formalne. Czyżby nie pracował tam żaden radca prawny? W innej sytuacji pewnie bym docenił klasę tak odważnej prowokacji artystycznej, mówię to bez ironii, ale obawiam się, że ta sfuszerowana akcja może rzucić nie najlepsze światło na całe środowisko polskich winiarzy, bo też wielu z nich, w dobrej wierze zaangażowało się w to całe przedsięwzięcie. To, że kompromitują się lokalni politycy, ani mnie ziębi, ani grzeje.

Otagowane:  

PLAGI EGIPSKIE

Dodano 6 września 2009, w Bez kategorii, przez bosak

Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej – chyba słusznie powiadają, w czym ostatnio utwierdziło mnie parę mejli i telefonów od naszych winiarzy. Na Wzgórzach Trzebnickich grasuje tajemniczy robak-winoroślożerca, a w lubelskim szaleje Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa (PIORiN). Inspektorzy PIORiN-u z Opola Lubelskiego upatrzyli sobie plantacje należące do członków Stowarzyszenia Winiarzy Małopolskiego Przełomu Wisły i jak rozbrajająco przyznali się jednemu z kontrolowanych winogrodników, mają „polecenie odgórne i cztery winnice na oku”

Smaczku sprawie dodaje fakt, że jak na razie kontrolowane są małe, całkowicie amatorskie winniczki (w jednym przypadku jest to po prostu rządek winorośli rosnących przy płocie) z których nikt nawet nie zamierza robić wina na sprzedaż. Niemniej inspektorzy twardo żądają wykazu środków ochrony, terminarza oprysków, atestu opryskiwacza, odgrażają się na kontrolę zbiorów, ścigają ludzi telefonami, nachodzą w miejscu pracy, etc., etc. Zadziwiające, skąd inspekcja bierze tyle energii i czasu na zajmowanie się uprawą absolutnie niszową, a do tego – w tym przypadku – prowadzoną na zupełnie ogródkową skalę (tym bardziej, że dziś doszły mnie słuchy o podobnych kontrolach pod Zieloną Górą). Czyżby nie mieli nic ważniejszego do roboty?

Mój znajomy mający styczność z trzema różnymi oddziałami PIORiN-u twierdzi, że takie kontrole raczej nie mogły wyniknąć ot tak, same z siebie, z rutynowej pracy inspekcji. „W życiu w to nie uwierzę, przecież w tym kraju jest masa innych upraw i nie ma tam takich kontroli. PIORiN nie ma na to środków, ani ludzi ani też specjalnego zainteresowania winoroślą. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych ale…” Ja też nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, więc nie będę dalej cytował, ani dzielił się własnymi domysłami, które właśnie przychodzą mi do głowy.

Inspekcja ma oczywiście prawo do takich kontroli, gdyż według obowiązującego prawa może nam się wtrącać nawet do uprawy jednej marchewki rosnącej na grządce pod oknem. Ale ostatnie naloty na winnice mają wszelkie cechy zorganizowanej nagonki, podjętej w celu egzekucji przepisów niemożliwych do spełnienia. Rzecz bowiem rozbija się o to, że wśród dopuszczonych w Polsce środków ochrony roślin brak jest wielu podstawowych preparatów do ochrony winorośli (np. nie ma tam środków do ochrony przed szarą pleśnią, przędziorkiami, czy szpecielem). A te które są dopuszczone, to w większości środki przestarzałe, mało skuteczne i często bardziej szkodliwe dla zdrowia i środowiska, niż powszechnie dziś stosowane w Europie nowsze preparaty.

Jest tajemnicą poliszynela, że winiarze w razie potrzeby stosują te skuteczniejsze, nowe środki, jak Euparen, czy Folpan, bardzo dobrze sprawdzone w sąsiednich krajach winiarskich, które jednak wciąż nie są u nas dozwolone dla winorośli. Ale czy to winiarze są winni, że odpowiedzialne za to służby państwowe nie zapewniły im podstawowego zestawu środków do ochrony winnic? Czy powinni dopuścić do zniszczenia swoich upraw tylko dlatego, że zawiedli odpowiedzialni za to urzędnicy? Przecież winorośl jest w Polsce uznaną rośliną uprawną, a produkcja wina jest jak najbardziej legalną działalnością komercyjną. To skandal, że instytucja której obowiązkiem jest między innymi dopilnowanie, żeby rolnicy mieli czym chronić swoje uprawy karze ludzi za to, że sama źle się wywiązuje ze swoich obowiązków.

Inspektorzy PIORiN-u ponoć żądali także dokumentów potwierdzających, że posiadane odmiany są dopuszczone do uprawy w UE. Jeżeli to prawda, to jest to już ewidentne nadużycie. Winnicy która nie ma charakteru komercyjnego nie dotyczą żadne ograniczenia w doborze szczepów winorośli – z wyjątkiem legalnego pochodzenia sadzonek nowych, „patentowych” odmian, wciąż chronionych wyłącznym prawem hodowcy. Także w przypadku winnic komercyjnych plantator nie ma obowiązku przedstawiania żadnych dokumentów dotyczących pochodzenia sadzonek (z wyżej wspomnianym wyjątkiem), a jeżeli nasi inspektorzy mają zastrzeżenia co do uprawianych odmian, to sami powinni to udowodnić. Polska już cztery lata temu uzyskała zwolnienie z obowiązku stosowania unijnej dyrektywy w sprawie obrotu sadzonkami winorośli i pracownicy PIORiN-u powinni przecież o tym wiedzieć.

Nasze przepisy dotyczące produkcji i sprzedaży wina – czy ogólnie: produktów spożywczych – są tak napisane, że odpowiednie urzędy i inspekcje są w stanie upupić praktycznie każdego, kto podejmuje się takiej działalności. Pod takim, czy innym pretekstem, na każdego coś się znajdzie i jeśli urzędnik nie wykaże odrobiny dobrej woli, to producent nie ma szans. Ta branża jakoś funkcjonuje tylko dlatego, że kontrolujący często przymykają oko i część przepisów nie jest wykonywana, gdyż po prostu nikt nie jest w stanie ich spełnić w stu procentach. Ale jeśli kogoś się nie lubi, to w każdej chwili można taki przepis wyciągnąć z szuflady. I teraz właśnie tak się stało.

Co znaczy takie najeżone pułapkami prawo i zależność od widzimisię urzędników poznali już chyba wszyscy, którzy próbowali w zeszłym roku rozpocząć oficjalną produkcje wina (pisano o tym tu i ówdzie), teraz dowiadują się tego działkowicze, którzy posadzili sobie parę krzaków winorośli. Pomimo tych wszystkich utrudnień w polskich winnicach powstało już dwadzieścia parę pełnoetatowych miejsc pracy (najwięcej w Winnicach Jaworek, ale też w winnicy UJ, Zbrodzicach i paru innych). I to w sytuacji, gdy na rynku pojawiło się zaledwie kilka tysięcy butelek wina! To prawda, że na razie właściciele winnic do tych etatów słono dokładają z własnej kieszeni, licząc na przyszłe zyski. Ale tak, czy inaczej, tych dwadzieścia parę osób dostaje co miesiąc pensję i ma opłacone składki ZUS. Tylko jak długo?

Gdyby tym wszystkim, którzy tego chcieli i spełnili minimum warunków wymaganych w innych krajach unijnych umożliwiono oficjalną produkcję i sprzedaż wina, dziś pewnie mogłoby to być jakieś pięćdziesiąt etatów, a w przyszłym roku może nawet sto i więcej. Ale kogo w tym państwie to obchodzi? Tu wciąż ważniejszy jest komfort urzędnika (cokolwiek by to miało znaczyć). Niestety, twierdzenie, że w Polsce da się produkować wina gronowe (co jeszcze niedawno sam z uporem maniaka powtarzałem) dziś trzeba zaliczyć do trzeciej kategorii prawdy, według księdza Tischnera.

PS. Nie znalazłem lepszej konkluzji, więc zacytuję dalej mojego znajomego: „Niech pan zwróci uwagę, kontrolują winnice bardzo małe i chyba związane ze stowarzyszeniem, czy się mylę? Sporo tam się dzieje, stowarzyszenie, to tylko parę osób, a organizują imprezy na zamku w Janowcu, może komuś to było nie w smak?  Może zawiść zwykła czy inne ambicjonalne sprawy?” Takie to proste i ludzkie, a my wszędzie węszymy spiski.


  • RSS